środa, 15 kwietnia 2009

Dzień jak ze złego snu...

A dziś kolejne opowiadanko, które umieściłam czas jakiś temu na multiply. Miłego czytania :-)

Dziś dam Wam odpoczynek od "dusznych" opowieści. Opiszę Wam pewien dzień, który przeżyłam prawie 5 lat temu, ale pamiętać go będę do końca życia...
Był piękny, sierpniowy poranek. Wyjeżdżaliśmy na wczasy nad morze - do Łeby. Kiedy bagaże były już zapakowane, bagażnik zamknięty dzięki pomocy boskiej i sile mięśni mojego męża, ruszyliśmy w drogę.
Ot - zwykły rodzinny wyjazd jakich wiele w wakacyjny czas - o czym tu pisać (tak pomyślicie). Otóż nie tak łatwo dojechać jest z Warszawy do Łeby... Droga potrafi być najeżona wieloma zaskakującymi przypadkami.
Jechaliśmy sobie spokojnie. Nasze obie dziewczynki siedziały na tylnym siedzeniu, bezpiecznie przypięte pasami (młodsza w osobistym foteliku spała jak suseł).
Nagle, jakieś 150km od domu w sposób dość gwałtowny i niespodziewany dowiedzieliśmy się, że nasza młodsza, trzyletnia wówczas latorośl cierpi na przypadłość zwaną "chorobą lokomocyjną"...
No cóż... Za pomocą wody z butelki i wyszarpanej jakimś cudem z precyzyjnie zapakowanego bagażu ścierki udało mi się z grubsza doprowadzić dziecinę do stanu względnej używalności. Przebrałam moje małe szczęście w suche i czyste rzeczy i ruszyliśmy dalej w naszą, jakże ekscytującą drogę. Ania jeszcze kilka razy zwracała uprzejmie to, co rano dostała na śniadanie. Mogę stwierdzić, że na 5 razy 2 udało się zostawić w przydrożnym rowie. W pewnej chwili przez głowę przemknęła się myśl, że w tym tempie zużyjemy w drodze wszystkie ciuchy, które miałam spakowane na 2 tygodnie. Nie przypuszczałam, że tego dnia bardzo różne myśli będą mi "przemykać" przez mój rozum...
W okolicach Ełku, a może Nowego Dworu Gdańskiego, mój mąż powiedział mi, że do obwodnicy Gdańska pojedziemy przez Pruszcz Gdański:
-Droga gorsza, ale szybsza i bardzo malownicza.
Fakt - sama teraz tamtędy jeżdżę nad morze - ta aleja kasztanowców nie ma sobie równej! Co z tego, że wąska jak wstążka!
Szybsza droga okazała się drogą przez mękę... Nie wiedzieliśmy, że w niedzielę jest pod Pruszczem jakiś targ czy giełda. Właśnie się kończyła, jak tam dojechaliśmy. Korek był masakrastyczny. Właściwie samochody nie jechały - one po prostu STAŁY... I STAŁY... I STAŁY... I CIĄGLE STAŁY!!!
Nagle w trakcie tego stania odezwała się młodsza latorośl oznajmiając ponurym głosem:
-Będę zygać!
Więc z prędkością światła wydłubałam aniołka z fotelika i wywlokłam na brzeg drogi. Dziecina przykucnęła...
Spojrzała w lewo......
Spojrzała w prawo.....
Spojrzała przed siebie.....
I wygłosiła kwestię:
-Ales bzydka okolica!! Nie będę tu zygać!!
Krztusząc się ze śmiechu zapakowałam estetkę do samochodu, który nie drgnął przez czas kontemplacji okolicy nawet o metr i uspokoiłam pozostałą część rodziny, że chyba atrakcje mamy już z głowy.
O naiwna ja!!
Po jakiś 2 godzinach dowlekliśmy się tą szybką drogą do obwodnicy. I jakoś się jechało.
Mniej więcej 2-3km od tablicy z upragnionym napisem "Łeba" nagle stanęliśmy. Kolejny korek. Ale czemu???? W tę stronę??? O tej porze??? Coś nie halo...
Wysiadłam z samochodu, żeby zobaczyć co jest grane. Przed nami stały jakieś 3-4 samochody. A gdzieś tam w polu jakiś samochód, z którego w stronę drogi rączo pomykał kierowca. Podążyłam wzrokiem za jego pośpiechem i zobaczyłam na środku drogi rower. Obok roweru faceta, który niezdarnie gramolił się z jezdni trzymając się za głowę. Między palcami sączyła mu się całkiem wartko strużka krwi...
Jak się okazało - gość był ugotowany na miękko i gibnęło go prosto pod ten samochód stojący w polu. Kierowca miał refleks i zahaczył go tylko kapkę.
Tjaaaa....
Pogotowie z Lęborka przyjechało po jakiś 15 minutach. Policja po kolejnych 30. A po następnych 15 minutach RUSZYLIŚMY!!
Dojechaliśmy do ośrodka, w którym mieliśmy wynajęty od znajomego domek. Teren jest ogrodzony, więc wysiadłam z samochodu w celu otwarcia bramy. Przerosła mnie skubana! Nie miałam 4 rąk i mąż musiał mi pomóc. Po otwarciu wrót do ziemi obiecanej, mąż wsiadł za kierownicę i ruszył...
Brama też...
Akurat powiał wiatr. Dobrze, że wtedy mieliśmy samochód z plastikowymi, czarnymi zderzakami, a nie w kolorze nadwozia, bo ślad byłby straszny!
Podjechaliśmy do domku. Po moim wstępnym rekonesansie i ogólnej aprobacie ( w przeciwieństwie do męża i starszej córki byłam tam po raz pierwszy), zabrałam się do prania zbeszczeszczonych ciuszków i fragmentów fotelika samochodowego.
Mój chłop wypakowywał bagaże.
Wyszłam z praniem na taras i zaczęłam je rozwieszać na sznurkach. W tym czasie przyszli sąsiedzi, a właściwie sąsiadki z domku obok. Po miłym "dzień dobry" i "o! mamy nowych sąsiadów", panie weszły do swojego domku. Nie minęła minuta jak usłyszałam dramatyczny krzyk:
-JEZUS MARIA!! OKRADLI NAS!!!
Ciarki mi przeleciały po grzbiecie. Panie wypadły jak jeden mąż na zewnątrz, roztrzęsione i zdenerwowane.
-Czy pani kogoś tu nie widziała?? - to do mnie
-Niestety nie. Przyjechaliśmy kilkanaście minut temu.
-Czy możecie nam pożyczyć komórkę, bo nasi mężowie mają, my nie i nie mamy jak ich zawiadomić.
-Nie ma sprawy.
Panie zadzwoniły po mężów i po policję, która przyjechała nad podziw szybko.
Pan policjant po wstępnym ustaleniu co zginęło, zwrócił się do mnie:
-Czy pani coś widziała, może ktoś się tu kręcił?
-Nie. Przyjechaliśmy niecałą godzinę temu.
-Taaaak??? - pan niebieski popatrzył wymownie na beztrosko kapiące pranie dopiero co rozwieszone przeze mnie. (miał rację - kto przy zdrowych zmysłach zaczyna pobyt na wczasach od prania??).
-Tak. Dziecko nam chorowało całą drogę i musiałam zrobić pranie, bo przez 2 tygodnie zapleśniałoby nie mówiąc już o smrodzie.
Misiaczek popatrzył z niedowierzaniem i już otwierał usta, kiedy nagle z domku wyszło moje małe szczęście z lokami do pasa i bosymi stópeczkami. Wbiło niewinne, błękitne oczęta w przedstawiciela władzy i z dumą przeplataną radością oznajmiło:
-Ales ja zygałam! Całą dlogę! Cały samochód zazygałam! Ale w pluscu gdańskim jest bzydko i mi się odechciało.
Pomyślałam sobie wtedy, że dzieci to nie najgorszy wynalazek.
Pan mundurowy pohamował z trudem wybuch śmiechu i dał mi spokój.
Po pewnym czasie postanowiłam umyć młodszą córcię i położyć ją spać.
Poszłyśmy do łazienki. Wstawiłam dziecko do brodzika, nastawiłam wodę w prysznicu, polałam dziecko i nie zakręcając kranu szybciutko namydliłam moją pannę od alibi. Złapałam prysznic w celu spłukania i... RANY BOSKIE!! Taki ryk jaki wydało z siebie moje dziecko godny był pastucha, co owce z trzech hal zwołuje!
-ŁAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!
Wsadziłam rękę pod wodę i sama mało nie padłam z wrażenia - to nie była woda - to był wrzątek w najczystszym wydaniu!!
Szybko złapałam za kurek z gorącą wodą, żeby ochłodzić ciągle wrzeszczące dziecko i... tenże kurek został mi w ręku!
Ukrop się leje, dziecko się drze prawie ugotowane żywcem (taka odmiana Rozalki z "Antka")! W desperacji i cudem boskim udało mi się wepchnąć kurek na miejsce i jakimś cudem zakręcić ten war. W zamian za to z prysznica pociekła woda bliska temperatury zamarzania. Dotychczasowe "ŁAAAA" wydawane przez moją Anię zamieniło się w :
-UUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUU!!!!!!!!!!!!!!!!
Zakręciłam również ten kurek, złapałam miskę, w której robiłam pranie, wsadziłam ją pod kran w umywalce (bo jakoś musiałam spłukać moje spienione dziecko), nalałam w dzikim tempie odpowiednią temperaturowo wodę i niewiele myśląc (aby szybciej!!) chlupnęłam na tupiąco-wrzeszczące dziecko. Tak od serca - od stóp do głów...
Wrzask umilkł... Zmienił się w parskanie, prychanie i lekkie rzężenie.... Kiedy dziecko mogło już złapać oddech po próbie utopienia przez kochającą je matkę oznajmiło:
-Wies co mamusiu? Ja jus mam dość tej Łeby. Wlacajmy do domu, do Walsawy!
Pomyślałam sobie: "dziecinko! nawet nie wiesz, jak dobrze cię rozumiem!!"
Kiedy już udało mi się położyć Aniusię do łóżka nie czyniąc jej dalszych krzywd, poszłam na taras, usiadłam bez siły, zapaliłam papierosa i bezmyślnie i tępo wpatrywałam się przed siebie.
Mój mąż wyszedł z domu, stanął, popatrzył na mnie i bez słowa gdzieś sobie poszedł.
Po chwili wrócił niosąc wielki kufel piwa z sokiem malinowym. Dał mi go i powiedział:
-Masz. Pij. Należy ci się.

Wiecie co? To był bardzo fajny wyjazd. Poza tym pierwszym schizowym dniem..

5 komentarzy:

  1. Ja,zanim tu wejdę, to się chyba jakoś zabezpieczac psychicznie muszę. Przez te Twoje historie zejdę kiedyś...ze śmiechu.A jak nie daj Boże w tzw. międzyczasie umieścisz dwie notki,to zestaw reanimacyjny musowo stać musi. Dzieciny też masz genialne jak widzę ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiesz co? Sama nie wiem jakim cudem jeszcze przy nich nie osiwiałam?

    Aha! Małe ostrzeżenie - nową opowiastkę wrzuciłam ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. I po raz kolejny uśmiałam się okropnie!

    OdpowiedzUsuń
  4. W Łebie bywałam z rodzicami jako nastolatka, niestety niewiele pamiętam z tego czasu. Jeżeli historia ta miała miejsce w 2005, a Ania miała 3 lata, to znaczy, że w 2017, kiedy Cię czytam ma lat 15, czyli gimnazjalistka? Uściski

    OdpowiedzUsuń
  5. Opisywany wyjazd miał miejsce w 2004 roku. Ania urodziła się w 2001 :-)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję, że chcesz pozostawić po sobie ślad :-)