środa, 29 kwietnia 2009

Monika postanawia umrzeć...

Tak! Właśnie tak! Jak w tytule! Może ktoś zapyta "dlaczego?". A bo tak! Decyzje podjęłam wczoraj - nieodwołalnie!
Ale po kolei.
Wieczorkiem siedziałam sobie przed komputerem beztrosko buszując po wirtualnym świecie, aż nagle poczułam pewien dyskomfort w okolicach gardła... A potem to wielce niemiłe odczucie przeniosło się wyżej - w okolice nosa...
I nastąpił Wielki Wybuch! Niagara!!
-Jak to? - pomyślałam buntowniczo - tak bez ostrzeżenia?? Bez grzecznego puk-puk czy mogę wejść i trochę pokapać?? To całą zimę i wczesną wiosnę bez jednego kichnięcia przebrnęłam, a teraz taka zafluszona mam chodzić??
Katar nie pytał i nie dyskutował ze mną, po prostu na dobre się rozgościł. Z powodu załzawionych oczu nie mogłam dłużej siedzieć przed monitorem, więc poszłam sobie do łazienki. Spojrzałam w lustro i... Przypomniał mi się mój osobisty opis z gg sprzed kilku tygodni: "Chcesz ekstremalnych przeżyć? Spójrz w lustro!" Wszystko się we mnie zbuntowało!
-No nie!! Nie mogę narażać ludzi na TAKIE widoki! Trza umrzeć! O!
Z tym twardym postanowieniem udałam się z pudłem chusteczek na spoczynek.
O 4 rano do kataru wpadł w odwiedziny jego dobry kumpel kaszel. Przyjaciółkę gorączkę wyeliminowałam zanim się pojawiła łykając garść Nurofenu (zapobiegawczo).
Rano utwierdziłam się w swojej decyzji, ponownie zerkając dyskretnie w lustro.
Ale umieranie odłożyłam na późniejsze godziny, bo najpierw musiałam odwieźć małą do szkoły, a siebie do pracy.
Przed całkowitym skonaniem postanowiłam wykonać kilka rzeczy, które zaplanowałam sobie kilka dni wcześniej.
Najpierw udałam się do sklepu z farbami, bo odczuwałam deficyt akryli do decu. Niestety nie obłowiłam się zbytnio, bo z potrzebnych mi był tylko biały.
Następnie pojechałam kilka wiosek dalej do księgarni, gdzie czekały na mnie zamówione wcześniej książki. Umieranie umieraniem, ale od poniedziałku zaczynam siedzenie w komisjach maturalnych i jakoś te godziny trzeba opędzić ;-).
Następnie odebrałam dziecko ze szkoły. Obiadu nie musiałam dziś robić, bo wczoraj szczęśliwie zrobiłam na dwa dni.
-Zanim się wezmę i położę na katafalku, zrobię sobie kawusi i wypiję w ogrodzie, tak więcej romantycznie, na ławeczce owiewana zapachem czeremchy (mimo kataru jej zapach czułam bezproblemowo).
Westchnęłam sobie nostalgicznie sadowiąc się na ławce. Słoneczko świeci, cieplutko, milutko.
-Dobra, dobra! Nie rozmarzaj się babo, tylko idź umierać! - pogoniło mnie moje drugie ja.
Poszłam więc. Otworzyłam na szeroko drzwi balkonowe. Słońce, zapach, śpiew ptaków wlały się wartką strugą do pokoju. Z błogą miną położyłam się na kanapie... Leżę... Trochę mi niewygodnie... No to usiadłam. Hmmm... Skoro siedzę, to przecież mogę sobie coś podłubać. Wzięłam zaczęty naszyjnik frywo, permina hardangerowego i przeprowadziłam losowanie co ma być robione. Padło na bieżnik (trochę oszukiwałam przy wyliczance ;-) ).
Wbiłam igłę w materiał, myśląc sobie, że nawet mi się to umieranie podoba. Tyle, że właściwie to czemu nie mogę konać sobie na dworze? Poszłam więc na ławkę zabierając oczywiście robótkę.
Trochę posiedziałam i doszłam do wniosku, że na głodniaka to głupio umierać. Wróciłam do domu i podgrzałam obiad.
Zjadłyśmy z małą i udałam się...
-Umierać? - zapyta niecierpliwy czytelnik.
Już odpowiadam:
-Nie. Do komputera, sprawdzić pocztę ;-).
W tzw międzyczasie przyszło dziecko starsze:
-Heeeej!
-Hej!
-Co tam?
-A nic. Umieram.
-Aha. Czyli nic nowego?
-No. Tortillę chcesz?
-A chętnie.
No to podgrzałam i wróciłam do kompa, ale już tylko na chwilkę.
Zrobiłam sobie kolejną kawkę (piję baaardzo słabieńkie to i szaleć mogę ;-)) i udałam się na opuszczoną ławkę.
Znowu rozłożyłam swoje prawie zwłoki na ławeczce.
Dwa ściegi i szybka myśl:
-Kurcze! Czy ja dałam kotom jeść??
Znowu spacer do domu. Idąc do domu zerwałam mlecz królikowi. Niech ma chłopina trochę nowalijek. Napełniłam sierściuchom miski.
Znowu na ławkę, do umieralni.
Umościłam się wygodnie... No szlag! Kordonek nie ten!
Marsz do domu!Zanim doszłam na górę w celu wymiany, poszłam pooglądać moje piękne, świeżutko przysłane suróweczki z drewlandii... Mniam! Jakieś takie parcie na drewno mam ;-)
Cmokając po raz tysięczny nad każdym pudełeczkiem, świecznikiem, chustecznikiem itp. przypomniałam sobie, że przecież mam jeszcze kilka nówek, którymi jeszcze się nie nacieszyłam w wystarczającym stopniu. Poleciałam na górę i wyciągnęłam serwetę, włochacza do tkania, poduchę do haftowania i cieszyłam się moimi skarbami przez dłuższą chwilę.
-NO??? - zapytało moje wewnętrzne, wredne "ja" - co z tobą?? Umieramy, umieramy! Szybciutko!!
Co było robić? Poszłam za głosem. Ułożyłam się znowu artystycznie z perminem w garści.
Błogo mi... Fajnie się umiera. Cisza taka milutka przerywana jedynie ptasim jazgotem.
-Mamoooooo!!
-Co??
-Dlaczego w szkole magii trzeba nocować?
Hyyyyy!!! A ja wiem??
-Nie mam pojęcia. Może po to, żeby w domu umiejętności czarodziejskich nie stracić?
-Aha! To ja teraz będę czarownicą i polatam na miotle.
-A lataj!
Haftuję sobie i dobrze mi się robi.
-Mamoooo!
-No?
-A upiec ci coś? - mała przestała latać na miotle i poszła do piaskownicy.
-Później, ok?
-Dobrze.
Później to wrócił mój tata przywożąc z bazaru mięso, które kupił mi zgodnie z zamówieniem.
Poszłam więc do domu zrobić z nim porządek. Zdjęłam pranie ze sznurka powieszone w czasie jednej z moich przerw w umieraniu. No i się zrobiła 19:00 i trzeba było dać małej kolację.
I w ten oto sposób minęło moje umieranie.
Katar też. Prawie ;-)

11 komentarzy:

  1. hihihi! Zostało Ci jeszcze 6 dni umierania...kataru znaczy :-)))

    OdpowiedzUsuń
  2. Eeeee! Pierwszy dzień tylko się liczy, od jutra to już zwykła proza życia ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Odkryłaś skąd ten katar wziełaś? Ja tez taki chcę. Poumierałabym sobie tak produktywnie jak Ty. Teraz przydałby mi się bardzo,bo sobie przypomniałam,że PIT jeszcze nie wypełniony... Miałabym z głowy,bo albo śmierć ,albo w agonii ten PIT sam by się zrobił :))))

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie odkryłam skąd się przyszwendał.Ale jak chcesz odstąpię Ci go nieodpłatnie.
    Osobiście jednak wolę swój katar, niż wypełnianie PITa ;-)

    OdpowiedzUsuń
  5. i dobrze, ze skończyłaś, bo kto by mi obiadki gotował:]

    OdpowiedzUsuń
  6. O! Widzę,że inwigilują Cię tutaj :)Nigdzie nie zaznasz spokoju :))

    OdpowiedzUsuń
  7. Zycie jest piekne, prawda Moniko?

    OdpowiedzUsuń
  8. Dobrze, ze Cię nie dopadł ostatni z jeźdźców apokalipsy...czyli brak chusteczek. Moim sposobem na "niemanie" kataru jest ciągły zapas chustek w domu. Katar zjawia się wyłącznie w momencie kiedy tychże nie ma;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Mam! Dziś rano wstałam i mam. Bydlę mi nie leci ,ale zatkało zatoki na amen.
    Proszę,zasada mówisz i masz sprawdza się w 100%.

    OdpowiedzUsuń
  10. Laura! Inwigilacja jak najbardziej wskazana i mile widziana :-) Sama ją pogoniłam, żeby się wywnętrzyła publicznie, a nie tylko na gg ;-). A katar masz, bo Ci go ze szczerego serca oddawałam :-D.

    Elu - pewnie, że piękne! Nie mam co do tego wątpliwości :-)

    Aga - u mnie to nie działa - chusteczki są zawsze - starsze dziecko jest alergikiem, więc przecieka prawie ciągle ;-)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję, że chcesz pozostawić po sobie ślad :-)