czwartek, 30 kwietnia 2009

Zwierzęce przypadki i wypadki.

Kolejne z multiply:

Tak sobie dziś myślałam o różnych zwierzętach, które przewinęły się przez nasz dom. I to nie tylko o tych, które sama znałam, ale też o tych znanych mi jedynie z opowiadań.
Moja Babcia miała czworo dzieci.
Krzyż pański Babcia miała z moją Mamą i jej o 7 lat starszym bratem. Oni celowali w przynoszeniu do domu różnych zwierzęcych biedot. Mój wujek pobił rekord w dobroci serca swego, kiedy to przytargał... małpę! Prawdziwą, wesolutką jak skowronek. Babcia była osobą cierpliwą i wyrozumiałą, ale kiedy najnowszy animalsowy nabytek zrobił sobie huśtawkę z kryształowego żyrandola i z rzeczonym sprzętem do oświetlania mroków wieczornych wylądował na środku pokoju, Babcia eksplodowała i kazała synowi swemu wynosić się razem z kawałkiem łańcucha Darwina. Kiedy po raz pierwszy usłyszałam tę historię, nie mogłam zrozumieć, dlaczego ta okrutna Babcia tak strasznie potraktowała rozrywkowego najnowszego "członka" rodziny.
Moja Mama celowała raczej w przynoszeniu do domu kotów. Ile kiecek podarła łażąc za nimi po drzewach "bo biedny kotek taki był smutny i pewnie nie ma domu", ile ran drapanych i gryzionych odniosła przy tych eskapadach nikt nie był w stanie policzyć.
Kiedyś przybłąkała się do domu straszliwie zabiedzona psina. Obraz nędzy i rozpaczy. Zapchlone, zarobaczone toto było podobno do bólu. Pod czułą i cierpliwą opieką Babci i reszty rodziny pies, a właściwie suka wypiękniała, zmężniała i okazała się być przepięknym seterem gordonem.
Pewnego dnia, słysząc nadciągającą burzę, Babcia poleciła mojej Mamie przyprowadzić do domu kaczki. Mama nie była specjalną zwolenniczką błyskawic i grzmotów więc ociągała się z wyjściem z domu. Kiedy po pewnym czasie Babcia zniecierpliwiona pognała krnąbrną córkę, okazało się, że kaczki są już na podwórku... W jednym rzędzie... Jedna obok drugiej... Cokolwiek mało ruchliwe... Obok z uśmiechem na psim pysku siedziała seterzyca. Przyaportowała wszystkie. Co do sztuki. Babcia miała co skubać, a rodzina dość długo jadała na obiad kaczuszki ;-D
Kolejna opowieść już z moich czasów. Byliśmy wtedy na placówce w NRD. Pewnego pięknego dnia przybłąkała się do nas papuga. Ot po prostu przyleciała sobie na balkon. Moja Mama razem ze swoją koleżanką postanowiły pojmać ptaszę. Tylko pytanie jak??? Od czegóż kobieca inwencja i podbierak do ryb? Papużysko okazało się być rozwydrzonym ponad miarę ptaszęciem. Kiedy robiłam lekcje, trzeba było wiedźmę zamykać w drugim pokoju, bo wyrywała mi pióro z ręki, dewastowała podręczniki i zeszyty domagając się mojej uwagi i pieszczot. Gdy na stole lądowały talerze papuga obowiązkowo musiała siedzieć przy jednym z nich i wyżerała ziemniaki jak i komu popadnie. Zamknięta w innym pomieszczeniu podnosiła taki wrzask i lament, że żal było słuchać. Mój tata wznosił modły do nieba:
-Boże! Spraw, żeby się tu jakiś kot przybłąkał i ZEŻARŁ TO BYDLĘ!!
W końcu oddaliśmy papugę pewnej pani, która uwielbiała zwierzaki. To było niesamowite, kiedy pani ta przemówiła do niej po niemiecku, papuga przytuliła się do niej jak kot i jak kot zamruczała. Wprawdzie ja też pogadywałam z ptaszęciem w języku Goethego, ale na litość boską to nie moja muttersprache, więc częściej gadałam po polskiemu ;-).
To była miłość od pierwszego wejrzenia. Papuga tak bardzo pokochała swoją nową właścicielkę, że nie chciała się z nią rozstawać nawet na chwilę. Wykombinowała sobie, z którą torbą pani wybywa do pracy i pewnego dnia przykamuflowała się na jej dnie. I w ten sposób pani straciła Ausweiss, bo ptaszysko z nerwów zeżarło.
Jak to zwykle bywa, życie jest przewrotne i często wypowiadając na głos życzenie nie wiemy, że obok przechodzi złośliwa wróżka i mówi:
-Niech tak będzie, skoro tego chcesz...
Jest wieczór. Ciemno, ale ciepło. Mama wiesza pranie na balkonie... I nagle jak oparzona wskoczyła do pokoju i z trudem wydusiła:
-Na balkonie jest duch!!
To jednak nie był duch. To było ucieleśnienie pragnień i modłów mojego ojca: na balkonie był sobie kot. Biały w czarne łaty. Tyle, że nie było już ptaszora do konsumpcji...
Kot okazał się być kocicą. Z charakterem. Twardym jak głaz.
Była z nami 18 lat.
Puńcia to była typowym kotem na psy ;-D.
Kiedy miała dzieci, zamieniała się w demona. Siała postrach wśród psiej populacji jak Atylla bicz boży.
Pamiętam jak do moich rodziców przyszli znajomi. Z psem.
-Schowajcie kota, bo nasz Pipi to pies na koty!
Nawiasem mówiąc Pipi był psem rodzaju męskiego.
Siedzimy w domu i nagle z podwórza słyszymy łomot, huk i rozpaczliwy psi jazgot. Wylegliśmy na dwór. I cóż zobaczyliśmy?
Otóż "pies na koty" stał wklinowany łbem między prętami w furtce, na jego grzbiecie w charakterze kowboja rozjuszoną kocicę wbijającą mu pazury za uszy. Jazgot pomieszany z kocim parskaniem był raczej niesamowity. Mama z trudem odczepiła kocicę od psa, a tata z właścicielem Pipi rozginając z mozołem i dużym wysiłkiem pręty furtki zwrócili rozhisteryzowanemu i podrapanemu psu wolność.
Innym razem scenka rodzajowa:
Na ulicy siedzi Puńta z mściwie zmrużonymi oczętami. Prosto w jej objęcia mknie pies sąsiadów - śmieszny stwór z przodozgryzem tak strasznym, że paszcza mu się nie zamykała w normalny sposób. Za paszczakiem gna jego pan z obłędem w oczach. Moja Mama woła do sąsiada:
-Niech się pan nie boi! On jej nic nie zrobi! Zdąży uciec.
-Taaaa! On jej nic, ale ONA JEMU!!
Puńcia vel Puńta tresowała również nasze psy. Ujeżdżając delikwentów jak rasowy dżokej. Mój biedny Bosman nabił sobie nie jednego guza zaliczając bramę łbem próbując pozbyć się kota z grzbietu.

A na koniec opowieść o zwierzaczku, który bardzo krótko był "nasz".
Moja Mama panicznie bała się ciem i motyli. Do tego stopnia, że nawet jak rzeczony skrzydlak był pół metra za nią i tak go wyczuła i wydawała z siebie straszne wrzaski. Ja ją doskonale rozumiałam, bo tak samo reaguję na pająki...
Moje słodkie czasy licealne. Są wakacje. Głęboka noc... Śpię jak pan Bóg przykazał. Nagle czuję, że ktoś siada na moim łóżku. Niechętnie uchylam oko i widzę w słabiutkim świetle księżyca moją Rodzicielkę.
-Monisiu... Przepraszam, że cię budzę, ale w moim pokoju jest taka DUŻA ĆMA... Czy możesz ją zatłuc?
-Yhy... Wolę wypuścić na wolność.
-Wszystko jedno. Ale zrób coś.
Zwlokłam zaspane zwłoki z łóżka i podreptałam do pokoju Mamy. Weszłam do środka i... Coś dużego i szybkiego śmignęło mi koło twarzy.Jeszcze szybciej, niż weszłam wyskoczyłam na korytarz.
-Mamo! To nie DUŻA ĆMA! To NIETOPERZ!!!
-O jessssuuuu!! A ja tam mam wszystkie swoje ciuchy!! Jak ja do pracy pójdę!!
Stało się dla mnie jasne, że muszę wrócić to tego zapowietrzonego lokalu... Słyszałam wcześniej o tym, że nietoperze wkręcają się we włosy. Cokolwiek miało to znaczyć, nie brzmiało to dobrze. Bo zdałam sobie sprawę, że w razie czego będę musiała sama sobie takiego stwora wykręcać z włosów. Brrrrrrrrr! Przed lustrem!!!!!!!! Brrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr!! Więc omotałam sobie łepetynę znalezioną chuściną i pomaszerowałam na zad do pokoju Mamy. Nie ukrywam, że z duszą na ramieniu. Wytargałam Mamie ubrania i dumna wróciłam bez mała w jej objęcia i usłyszałam wymiauczane nieśmiałym głosem:
-Jeszcze budzik...
Co było robić? Wróciłam Mało tego! Odsunęłam firanki, otworzyłam szeroko okno i mruknęłam pod nosem:
-Apage satanas.
Rano poszłam sprawdzić u Mamy w pokoju, co tam na froncie gackowym. Ano nic. Zwierza nie było. I tak się zastanawiam - kto się bardziej przestraszył: Mama, ja, czy biedny nocek :-D

środa, 29 kwietnia 2009

Monika postanawia umrzeć...

Tak! Właśnie tak! Jak w tytule! Może ktoś zapyta "dlaczego?". A bo tak! Decyzje podjęłam wczoraj - nieodwołalnie!
Ale po kolei.
Wieczorkiem siedziałam sobie przed komputerem beztrosko buszując po wirtualnym świecie, aż nagle poczułam pewien dyskomfort w okolicach gardła... A potem to wielce niemiłe odczucie przeniosło się wyżej - w okolice nosa...
I nastąpił Wielki Wybuch! Niagara!!
-Jak to? - pomyślałam buntowniczo - tak bez ostrzeżenia?? Bez grzecznego puk-puk czy mogę wejść i trochę pokapać?? To całą zimę i wczesną wiosnę bez jednego kichnięcia przebrnęłam, a teraz taka zafluszona mam chodzić??
Katar nie pytał i nie dyskutował ze mną, po prostu na dobre się rozgościł. Z powodu załzawionych oczu nie mogłam dłużej siedzieć przed monitorem, więc poszłam sobie do łazienki. Spojrzałam w lustro i... Przypomniał mi się mój osobisty opis z gg sprzed kilku tygodni: "Chcesz ekstremalnych przeżyć? Spójrz w lustro!" Wszystko się we mnie zbuntowało!
-No nie!! Nie mogę narażać ludzi na TAKIE widoki! Trza umrzeć! O!
Z tym twardym postanowieniem udałam się z pudłem chusteczek na spoczynek.
O 4 rano do kataru wpadł w odwiedziny jego dobry kumpel kaszel. Przyjaciółkę gorączkę wyeliminowałam zanim się pojawiła łykając garść Nurofenu (zapobiegawczo).
Rano utwierdziłam się w swojej decyzji, ponownie zerkając dyskretnie w lustro.
Ale umieranie odłożyłam na późniejsze godziny, bo najpierw musiałam odwieźć małą do szkoły, a siebie do pracy.
Przed całkowitym skonaniem postanowiłam wykonać kilka rzeczy, które zaplanowałam sobie kilka dni wcześniej.
Najpierw udałam się do sklepu z farbami, bo odczuwałam deficyt akryli do decu. Niestety nie obłowiłam się zbytnio, bo z potrzebnych mi był tylko biały.
Następnie pojechałam kilka wiosek dalej do księgarni, gdzie czekały na mnie zamówione wcześniej książki. Umieranie umieraniem, ale od poniedziałku zaczynam siedzenie w komisjach maturalnych i jakoś te godziny trzeba opędzić ;-).
Następnie odebrałam dziecko ze szkoły. Obiadu nie musiałam dziś robić, bo wczoraj szczęśliwie zrobiłam na dwa dni.
-Zanim się wezmę i położę na katafalku, zrobię sobie kawusi i wypiję w ogrodzie, tak więcej romantycznie, na ławeczce owiewana zapachem czeremchy (mimo kataru jej zapach czułam bezproblemowo).
Westchnęłam sobie nostalgicznie sadowiąc się na ławce. Słoneczko świeci, cieplutko, milutko.
-Dobra, dobra! Nie rozmarzaj się babo, tylko idź umierać! - pogoniło mnie moje drugie ja.
Poszłam więc. Otworzyłam na szeroko drzwi balkonowe. Słońce, zapach, śpiew ptaków wlały się wartką strugą do pokoju. Z błogą miną położyłam się na kanapie... Leżę... Trochę mi niewygodnie... No to usiadłam. Hmmm... Skoro siedzę, to przecież mogę sobie coś podłubać. Wzięłam zaczęty naszyjnik frywo, permina hardangerowego i przeprowadziłam losowanie co ma być robione. Padło na bieżnik (trochę oszukiwałam przy wyliczance ;-) ).
Wbiłam igłę w materiał, myśląc sobie, że nawet mi się to umieranie podoba. Tyle, że właściwie to czemu nie mogę konać sobie na dworze? Poszłam więc na ławkę zabierając oczywiście robótkę.
Trochę posiedziałam i doszłam do wniosku, że na głodniaka to głupio umierać. Wróciłam do domu i podgrzałam obiad.
Zjadłyśmy z małą i udałam się...
-Umierać? - zapyta niecierpliwy czytelnik.
Już odpowiadam:
-Nie. Do komputera, sprawdzić pocztę ;-).
W tzw międzyczasie przyszło dziecko starsze:
-Heeeej!
-Hej!
-Co tam?
-A nic. Umieram.
-Aha. Czyli nic nowego?
-No. Tortillę chcesz?
-A chętnie.
No to podgrzałam i wróciłam do kompa, ale już tylko na chwilkę.
Zrobiłam sobie kolejną kawkę (piję baaardzo słabieńkie to i szaleć mogę ;-)) i udałam się na opuszczoną ławkę.
Znowu rozłożyłam swoje prawie zwłoki na ławeczce.
Dwa ściegi i szybka myśl:
-Kurcze! Czy ja dałam kotom jeść??
Znowu spacer do domu. Idąc do domu zerwałam mlecz królikowi. Niech ma chłopina trochę nowalijek. Napełniłam sierściuchom miski.
Znowu na ławkę, do umieralni.
Umościłam się wygodnie... No szlag! Kordonek nie ten!
Marsz do domu!Zanim doszłam na górę w celu wymiany, poszłam pooglądać moje piękne, świeżutko przysłane suróweczki z drewlandii... Mniam! Jakieś takie parcie na drewno mam ;-)
Cmokając po raz tysięczny nad każdym pudełeczkiem, świecznikiem, chustecznikiem itp. przypomniałam sobie, że przecież mam jeszcze kilka nówek, którymi jeszcze się nie nacieszyłam w wystarczającym stopniu. Poleciałam na górę i wyciągnęłam serwetę, włochacza do tkania, poduchę do haftowania i cieszyłam się moimi skarbami przez dłuższą chwilę.
-NO??? - zapytało moje wewnętrzne, wredne "ja" - co z tobą?? Umieramy, umieramy! Szybciutko!!
Co było robić? Poszłam za głosem. Ułożyłam się znowu artystycznie z perminem w garści.
Błogo mi... Fajnie się umiera. Cisza taka milutka przerywana jedynie ptasim jazgotem.
-Mamoooooo!!
-Co??
-Dlaczego w szkole magii trzeba nocować?
Hyyyyy!!! A ja wiem??
-Nie mam pojęcia. Może po to, żeby w domu umiejętności czarodziejskich nie stracić?
-Aha! To ja teraz będę czarownicą i polatam na miotle.
-A lataj!
Haftuję sobie i dobrze mi się robi.
-Mamoooo!
-No?
-A upiec ci coś? - mała przestała latać na miotle i poszła do piaskownicy.
-Później, ok?
-Dobrze.
Później to wrócił mój tata przywożąc z bazaru mięso, które kupił mi zgodnie z zamówieniem.
Poszłam więc do domu zrobić z nim porządek. Zdjęłam pranie ze sznurka powieszone w czasie jednej z moich przerw w umieraniu. No i się zrobiła 19:00 i trzeba było dać małej kolację.
I w ten oto sposób minęło moje umieranie.
Katar też. Prawie ;-)

wtorek, 28 kwietnia 2009

Wredna Felicja...

Z braku czasu (ogród i pleniące się zielsko) wklejam kolejne opowiadanko z mojego życia...

Wredna Felicja część pierwsza
Wbrew pozorom to nie opowieść o niemiłej znajomej. To historia samochodu. A właściwie moich dwóch z nim/nią przygód.
Skoda ta wybitnie mnie nie lubiła. Może dlatego, że była po dach zakochana w moim mężu? Jemu nie odwalała żadnych numerów. Potulna była i grzeczna jak aniołek motoryzacyjny.
Początkowo nie było mowy, żebym siadła za kierownicę:
-Mowy nie ma!! Obdrapię, stuknę, puknę, ktoś na mnie wpadnie. MOWY NIE MA!!
Ale tak się złożyło, że "odziedziczyłam" tenże samochód po moim ślubnym. Już bez protestów "walałam się" w dobrobycie (przesiadłam się z kaszlaka!). Ale Felka nie była zadowolona ze zmiany za kierownicą... O nie!! Ja już nie liczę ile razy menda mi się psuła! A to łożyska walnęły (łomot jakby się wieżowiec walił), a to hamulce się zablokowały (fajnie się dymiło z koła ).
Jednak pewnego pięknego dnia zdecydowanie przesadziła!

Kwiecień 2000

Odwiozłam moje dziecię do szkoły, odprowadziłam do furtki i wróciłam do samochodu. Klasyczne działanie: pilot - pik-pik, kluczyk w zamek, za klamkę i....
O jesssssssuuuu!!! Jazgot jakbym kota żywcem ze skóry obdzierała!! Niewiele brakowało, żebym ze strachu klapnęła na dupsko! Głośny ten alarm
-Cholera! Chyba się pomyliłam i nie wyłączyłam alarmu...
Zabawa od nowa: pilot - pik, kluczyk w zamek, za klamkę i....
O szlag! Znowu do samo!!
I tak jeszcze dwie próby...
Czas płynie... Do pracy MOŻE się nie spóźnię...
Już wiem! Olewam wyjca, wsiadam i próbuję uruchomić na chama!
Fajny pomysł, tyle że spalił na panewce... Immobilizer mnie olał i się nie wyłączył. A kluczyk w stacyjce nawet nie drgnął. Siedzę w tym wrzeszczącym wniebogłosy samochodzie i zastanawiam się co dalej. Ludzie na pobliskim przystanku świecą własnym światłem. Bądź co bądź taka atrakcja rankiem skoro świt rzadko się trafia - baba się miota, bo nie umie pokonać alarmu. Ot - kolejna blondynka...
Sytuacje podbramkowe powodują u mnie tzw szybkie myślenie:
-Jakoś to dziadostwo da się wyłączyć! Nie ma cudów!
Przy kluczyku do stacyjki i drzwi dyndał sobie jeszcze jeden, taki malutki...
-Ha! Mam cię!!
Otworzyłam maskę - Felka kwiczy jak zarzynane cielę.
-Koło akumulatora powinien być taki mały dynks... Jak tam wtyknę ten mini kluczyk i przekręcę zapanuje cisza!
Pyk w dziurkę, bach w prawo i.... Oooooo! Błoga cisza...
Yhy! Akurat!! Na chwilę! Na inną tonację szuja przeszła! Z sopranu bliżej tenora!
- A żeby cię szlag!!
Do pracy się spóźnię NA BANK!!
Zatrzasnęłam maskę, zamknęłam wyjące badziewie (cisza zapanowała w całym Aninie) i pomaszerowałam do sekretariatu w szkole u Aśki wykonać dwa telefony ( nie posiadałam jeszcze wtedy komórki).
Pierwszy do dyrektora:
-Spóźnię się. Sorry! Samochód mnie do siebie nie dopuszcza!
Drugi do taty:
-Nie pomogło wyłączenie. Dalej wyje!
-Tnij kable!
-Ok!
Powrót do wredoty. Przy akompaniamencie dzikich ryków wydłubałam z bagażnika obcęgi, otworzyłam ponownie maskę i dawaj po kablach od alarmu!!
Pomogło... Na 5 sekund!! Felunia zaczęła przemawiać jąkającym basem....
-A niech cię ktoś w diabły ukradnie!
Trzasnęłam maską, zamknęłam bydlę i pomaszerowałam do pracy na piechotę.
Wieczorem mój mąż wrócił z pracy, przeliczył stan posiadania i stwierdził brak samochodu.
Opowiedziałam mu co się stało i postanowiliśmy odholować jęczące paskudztwo przez las do domu.
Podjechaliśmy zaopatrzeni w linkę holowniczą do zdechłego jeździdła. Mąż (niedowiarek) wziął ode mnie kluczyki i sam chciał spróbować jak to jest z tym alarmem...
Pik - pik, kluczyk w zamek, za klamkę i....
Cisza.... Kompletna....
Kluczyk w stacyjkę, immobilizer zadziałał, silnik odpalił...
-No co ty opowiadasz? Przecież wszystko działa!
Mało mnie piorun nie strzelił!
Stanęłam przed maską wrednej cholery, spojrzałam jej głęboko w reflektory i z głębi duszy powiedziałam do niej:
-Ty dziwko!!

Wredna Felicja część druga
Najwyższa pora opisać ciąg dalszy moich przepraw z alarmem w narowistym samochodzie.

Kwiecień 2001

Byłam wówczas w ciąży, jak to się mówi "mocno zaawansowanej". Tzn do tzw "rozwiązania" miałam ok półtora miesiąca, ale wyglądałam jak... No nie wiem... Mastodont? Wieloryb? Nie wyglądałam...
A właściwie wiem jak to opisać - ciąża przenoszona o co najmniej 3 miesiące ;-D.
Jeździłam sobie beztrosko z tą kablową sieczką pod maską, niewiele sobie z tego robiąc.
W końcu mój tata przemówił mi do rozsądku:
-Słuchaj. Zrób ty porządek z tym alarmem. Niech ci go w końcu odłączą na amen, bo może być jakieś spięcie i co ty zrobisz? poza tym kiedy pojedziesz? Jak urodzisz i będziesz się z dzieciakiem szwendać po mechanikach?
No fakt! Się wzięłam w garść i zadzwoniłam do najbliższej mi stacji ASO z pytaniem o magika od alarmów. Miły głos w słuchawce powiedział:
-Ależ tak! Mamy tu fachowca - pana Kowalskiego. Musi pani zadzwonić jutro i się umówić, bo dziś go nie ma, a poza tym ma zarezerwowane terminy na kilka tygodni.

Hmmmm... Kilka tygodni... Eeeee! Nie mam czasu czekać. Nie będę dzwonić - pojadę jutro się umówię. Jak zobaczy babę w ciąży to nie odmówi ;-)

Następnego dnia jak postanowiłam, tak uczyniłam. Jadąc intensywnie myślałam:
" A jak facet nie zna przesądów o myszach i mnie pogoni? Znowu jechać?? O nie! Coś wymyślę.."
Dojechałam, zostawiłam samochód na parkingu i pomaszerowałam w kierunku ASO.
Idąc postanowiłam, że "zagram na litość" ;-)
Wtedy nie było odzielnego pomieszczenia dla kupujących i dla zgłaszających samochód do naprawy.
Do tej ogólnej sali weszłam... Nie... Nie weszłam... Wgramoliłam się z trudem...
W środku, przy kilku stanowiskach siedziało sześciu facetów. Podeszłam do lady, oparłam się ciężko i westchnęłam z głębi czeluści ( a miałam z czego wzdychać...).
Jeden z panów z lekką paniką w oczach zapytał:
-W czym mogę pani pomóc?
Na co ja znowu wzdychając ciężko wysapałam:
-Chciałam się widzieć z panem Kowalskim...
Gdybym rzuciła mu na biurko odpalony dynamit nie byłoby niewątpliwie AŻ takiego efektu...
Pan utkwił we mnie oczy okrąglutkie jak spodeczki... W salonie zapanowała głucha cisza... Wszystkie spojrzenia skierowały się na mnie...
"Co jest do diabła??" - pomyślałam.
Pan, z którym gadałam ocknął się z chwilowego letargu, poderwał się z krzesełka i zawołał gromkim głosem:
-Już po niego idę!
On nie poszedł... On pomknął jak rącza kozica.
Głucha cisza trwała nadal...
Po chwili mój rozmówca wrócił świecąc własnym światłem:
-Ta pani do ciebie - w jego głosie usłyszałam nutki triumfu pomieszane ze zjadliwością...
Moje spojrzenie przeniosło się na jego towarzysza i... Teraz mnie odjęło mowę...
Kompletnie...
Bezapelacyjnie...
To nie był taki sobie facet jakich wielu. O nie!! To było MĘSKIE ZJAWISKO!! Samiec w najczystszym wydaniu! Tak przystojnego osobnika z Marsa jeszcze nie widziałam... Nawet nie pokuszę się, żeby Wam go opisać - normalnie się nie da...
Szczęka mi rąbnęła o podłoże...
Moja myśl - "Człowieku! Co ty tu robisz??? Jazda do filmu! Amantów w polskim kinie jak na lekarstwo, a ty tu w alarmach gmerasz!!"
Mimo, że byłam przytkana oszałamiającą fizis pana elektryka, nie umknęło mojej uwadze to, co się z nim działo na MÓJ widok...
Gonitwa myśli była łatwiutka do przeczytania na tej 100% męskiej fizjonomii:
-Jessssuuuu!! Co to za baba?? Rany boskie!! Kiedy ta impra była??? Kim ona jest?? Wyprę się!! JA NIC NIE PAMIĘTAM!!
Cisza w salonie nawarstwiała się dość dramatycznie, więc postanowiłam ją przerwać:
-Pan Kowalski?
-Tttttaaaakk...
-Oj jak się cieszę -zakrzyknęłam radośnie - wie pan, kable od alarmu rok temu przecięłam i tak sobie jeżdżę z tym chłamem. Chciałaby się z panem umówić na definitywne pozbycie się tego problemu.
Powietrzem, które uszło z kolegów pana K. (rozczarowanie) i z niego samego (mega ulga) można by napędzić całkiem sporą elektrownię wiatrową ;-)
Pan Kowalski przemówił (dość głuchym głosem)
-Gdzie ten samochód?
-Na parkingu.
-Poproszę kluczyki. Zrobię to pani od ręki.

Czy muszę dodawać, że usługa była za frico? ;-)

niedziela, 26 kwietnia 2009

Dzień Ziemi

Wczoraj byłyśmy na Dniu Ziemi. Dzięki mojej sis. Gdyby nie jej upierdliwe "to będziesz???" pewnie bym dupska z własnego ogrodu nie ruszyła ;-).
Zabrałyśmy z domu zużyte baterie, jedną zdechłą mysz komputerową i tak zaopatrzone pojechałyśmy z Anią na Pola Mokotowskie.
Najpierw pomaszerowałyśmy oddać zwłoki w punkcie zbiórki elektrośmieci. W zamian dostałyśmy doniczkę stokrotek :-). Potem żałowałam, że dzień wcześniej mój rodzic wywiózł z domu starą kosiarkę do trawy... Ależ bym za nią się obłowiła!! ;-D
A potem poszłyśmy do miejsca w którym zbierali zużyte baterie. Kolejka była jak za starych dobrych czasów - dłuuuga, pofalowana i mało ruchliwa. Ale pogoda była piękna, towarzystwo miałam doborowe (sis, jej córcia, koleżanka siostry z mężem, druga siostra mojej siostry z mężem i synkiem - później wyjaśnię te skomplikowane powiązania ;-) ). Moje dziecko pomknęło z mamą mojej sis zbierać jakieś punkty na jakieś "żywe" nagrody. Przeżyłam w związku z tym lekką schizę, bo po mniej więcej godzinie pojawiła się mama Agaty (sis moja), ale bez Ani!
-Gdzie Ania? - zapytałam lekko osłabiona perspektywą szukania dziecka w tym dzikim tłumie.
-Lepi z gliny - padła odpowiedź
-Gdzie?
-Oj tam no! - machnięcie ręki za bardzo nie przybliżyło mnie do dziecka, ale dawało pewną nadzieję, że jednak może ją kiedyś odzyskam.
-Sama??
-No tak - i tyle widziałam rodzicielkę siostry mej...
Miałam tylko nadzieję, że Ania WIE, że jest sama... Bo jakby zobaczyła nagle po skończonej wylepiance, że nikogo znajomego koło niej nie ma, to...
Ania to mały człowiek dużym strachem podszyty...
Na szczęście jednak, Ania wiedziała, że jest chwilowo pod opieką pana animatora od gliny, pan też wiedział, że ma łypać na małą. Tyle, że dowiedziałam się tego po fakcie :-D.
Wróciła zadowolona z pięknym, własnoręcznie wykonanym ptaszkiem - gwizdkiem.

Jutro zawozimy go do pracowni ceramicznej, gdzie Ania chodzi na zajęcia i zostawimy go do wypalenia .
Po pokazaniu mi dziecka (mama Agaty) i gwizdka ( Ania) obie panie - duża i mała zniknęły w tłumie informując nas jedynie, że idą zbierać pieczątki. Nie wdawały się specjalnie w szczegóły, więc dopiero później dowiedziałam się o co biega. Otóż były stoiska Parków Krajobrazowych, na których zbierało się punkty za znajomość ekologii, praw przyrody i czegoś tam jeszcze. Każdy Park po prawidłowych odpowiedziach przystawiał pieczęć. Po zebraniu wszystkich stempelków szło się po odbiór nagrody. Ania wybrała tawułę :-)

Jak widzicie - na karcie brak jest jednej pieczęci - Park nie dotarł na Pola Mokotowskie ;-)
Kiedy dziecko tak sobie brykało, mamusia ciągle stała w kolejce z bateriami. W końcu doszliśmy do stoiska i doszło do zamiany niczym za czasów bezpieniężnych, czyli towar za towar: 40 baterii ----> 2 petunie :-D
To nasze roślinne łupy. Niewiele, ale za to jak cieszą!!
W końcu mogłyśmy zacząć sobie chodzić i zwiedzać inne stoiska.
Wzięłyśmy udział (obie niezależnie od siebie) w konkursie ekologicznym. Ania odpowiedziała pięknie na wszystkie pytania i wybrała sobie w nagrodę świnkę-skarbonkę.
Ja nie mogłam być gorsza, spięłam się w sobie i... też wygrałam świnkę - dla Asi, która nie mogła być z nami z powodu konieczności odrabiania hurtowej ilości lekcji.
Po sympatycznych wygranych poszłyśmy dalej oglądać przynajmniej część z masy stoisk. Wszędzie było mnóstwo samych ciekawych rzeczy. Nie tylko do oglądania, ale też do własnoręcznego wykonania :-)
Np: tu panna Anna robi sobie samodzielnie wiatraczek - niestety - zaginął w akcji. Bezpowrotnie.


A tu produkuje kwiatek-maczek dla cioci Agatki


W nagrodę za dokładne wysłuchanie instrukcji robienia kwiatków z krepiny i wzorcowe wykonanie tegoż, dostała fantastyczny wianek ze zbóż. Będzie go widać na kolejnych fotkach.
Następnie dopadła do stoiska w którym można było własnymi ręcami pomalować sobie torbę:
Zabawa faktycznie rewelacyjna! Sama miałam ochotę machnąć sobie taką torbę ;-)
No ale trochę mi było głupio...
Ale na stoisku Instytutu Geologii schowałam kretyńskie "wstydy" do kieszeni i dostałam amoku... Na widok... Ehh... Kamieni... Bo dojrzałam bystrym, uzbrojonym okiem kryształ górski! To podobno kamień przypisany do mojego znaku zodiaku.
-Ja go muszę mieć! - zakrzyknęła dusza ma.
Żeby go zdobyć trzeba było rozwiązać 12 rebusów. Się spięłam i p 5 minutach kryształ był mój! Ha!!!
Stoisk była taka nieprzebrana masa, że wszystkich nie sposób było obejrzeć. Z głodu nie dało się tam paść, bo co drugi kram oferował żarełko - w ilościach hurtowych (litrowe słoje ze złocistym miodkiem, pęta kiełbachy, szyneczki, kaszaneczki, chleby itp) bądź do bezpośredniego spożycia(pajdy chleba ze smalcem i ogórasem kwaszonym).
Tuż przed powotem do samochodu podeszła do mnie pani i powiedziała:
-Przepraszam panią. Czy mogłabym przeprowadzić wywiad z tą uroczą dziewczynką?
Nie widziałam przeciwwskazań ;-). Ania pięknie opowiedziała, dlaczego tam była, jaka jest idea Dnia Ziemi, i że jest bardzo zachwycona, bo jest super. Się nie spodziewałam, że moje dziecko umie tak fachowo udzielać wywiadów...
Na koniec obiecane wytłumaczenie skomplikowanch relacji rodzinnych: jestem jedynaczką, moja siostra też. Wiem, że to brzmi cokolwiek głupio, ale taka jest prawda. Po prostu nasi ojcowie są rodzonymi braćmi, a my z braku "prawdziwego" rodzeństwa mówimy na siebie "siostry" ;-D A druga siostra mojej siostry, to taka sama siostra jak ja, tyle że od strony mamy Agaty ;-)

No i najważniejsze: DZIĘKUJĘ ZA KCIUKI!! DRUGIE MIEJSCE!!!!

czwartek, 23 kwietnia 2009

Groch z korka ;-)

Obiecałam napisać, jak to z tym moim klęczeniem na grochu było, więc słowa dotrzymuję.

Zaczęło się jakoś tak miesiąc temu. Pani dyrektor oznajmiła mi, że mam zrobić dekorację na zakończenie roku szkolnego maturzystów.
Bo podobno mam do tego dryg, czy coś...
No tak... Lata haftowania i frywolenia na wszystkich radach pedagogicznych wcześniej czy później musiały zaowocować takim stwierdzeniem. No i poleceniem służbowym.
W pierwszym odruchu oklapnęłam w sobie, a w drugim się zjeżyłam wewnętrznie w odruchu buntu:
-Ja? Mam robić dekorację?? Jessuu! Za jakie grzechy?? Co ja plastyk jestem?? Ja nie umiem malować, rysować itp! Dwie lewe ręce mam ogólnie rzecz biorąc!
A potem znowu przyklapnęłam w duchu... Tym bardziej, że oczami duszy zobaczyłam tę wielką salę gimnastyczną, którą muszę jakoś przystroić. I to do tego tematycznie!
Ze smętną miną zaczęłam grzebać po galeriach innych ogólniaków licząc na to, że może tam spłynie na mnie jakieś natchnienie w postaci "gotowca" ;-)
Gdzie tam!
Hasełka jakoweś nawet i były, ale jak się ma patronów typu Rej, Kopernik, Mickiewicz itp, to i o złote myśli łatwo.
A ten nasz patron? Generał o niesprecyzowanym do końca życiorysie? Ehhhh!
Westchnęłam sobie z głębi trzewi i dalej gmerając po galeriach myślałam sobie pod adresem abiturientów:
"Czy wy nie możecie iść sobie precz, bez dekoracji na sali? Do czego wam to potrzebne? I tak szczerze mówiąc - kto na to zwraca uwagę?? Uścisk ręki dyrektora i papapa! A może by tak 'wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia'?? No nie - to jakby nie ta okazja..."
Ale jakby nie było - zaczynają nowe życie...
Taka niezapisana karta. Hmmm... Karta, kartka... Zeszyt... Książka... Rozdział......
Jakby to połączyć?? Ha!!
"Otwierajcie śmiało nowe rozdziały życia"
No Monia! Czasem sama siebie się boję!! ;-D
-A na czym ty to przyczepisz - szepnęła mi sceptyczna część mojego jestestwa.
-Oj tam! - odpowiedziałam lekko - pomyślę o tym jutro (niczym Scarlett ;-)).
Czas sobie biegł beztrosko, a ja ciągle nie miałam pomysłu gdzie te literki przyczepić. Na materiale wiszącym od sufitu do podłogi nie miałam ochoty, bo wiadomo - szmata wredna jest i literki będą powiewać na wszystkie strony. I nagle, wędrując sobie korytarzem szkolnym mój wzrok spoczął na tablicy informacyjnej... I spłynęło na mnie olśnienie!
Normalnie zobaczyłam oczami duszy mej napis na takowej tablicy! Na zielonym tle! Jak tablica szkolna! HAAAA! Wszystko we mnie aż podskoczyło ze szczęścia!
Szybciutko złożyłam w księgowości zamówienie na:
1: przyniesienie takowej tablicy ze stelażem do mnie
2: zakup odpowiednich literek
3: zakup ciemnozielonego bristolu w rozmiarze 100x140 (cm oczywiście)
Szpilki zabezpieczyłam sobie sama. Bo wiem jakie bym dostała - zwykłe, biurwy za przeproszeniem, tępe jak nie wiem co!
Tablica korkowa przyszła tego samego dnia. Literki dwa dni później. Bristol wcale... Więc zażądałam krepiny w kolorze jak wyżej. Dostałam. No i zaczęła się zabawa z upinaniem, przypinaniem i wypinaniem. Ni jak się nie dało tego zrobić w pozycji wertykalnej(mam niestety tylko 2 ręce), więc przeszłam do horyzontalnej. Czyli krótko mówiąc - padłam na kolana przed własnym projektem ;-)
Krepina wrednym materiałem jest! W jednym miejscu się naciągała, w drugim wręcz przeciwnie... Tu się rozłazi, tam nie starcza!! Tu się trzyma, tam pęka!! Wrrrrrrrrrr!! W końcu okiełznałam paskudne 2 rolki i wstałam pełna zadowolenia... Po godzinie mniej więcej... I w tym momencie zrozumiałam czym było znane mi z literatury klęczenie na grochu ;-D.
Dwa kolejne dni spędziłam (z przerwami rzecz jasna!) w podobnej pozycji przypinając literki.
Kiedy wersja robocza (tzn, bez zamalowania szpileczek korektorem) była gotowa, zaprosiłam dyrektorkę na oglądanie.
Stanęła i oniemiała...
-Nooooo... Czegoś takiego to u nas jeszcze nie było!!
Pewnie, że nie. Był pełen folklor- kwiatki, serduszka, pierdoły - jednym słowem - wieś tańczy i śpiewa.
Przewidując, co zaraz usłyszę stanowczo zapowiedziałam:
-ŻADNYCH KWIATKÓW NIE BĘDZIE!! BO TAKĄ MAM WIZJĘ!!
-Hehehe! Właśnie chciałam zapytać, czy nie przydałby się jakiś.
-Nie!
A więc stanęło na moim - kwiotków nie było!
Dziś tablica została przeniesiona na salę gimnastyczną i robiła za dekorację na zakończeniu roku szkolnego klas trzecich.



Na fotce widać, jak ta cholerna krepina się marszczy, ale w realu wcale tego nie było! Dawało to wsio złudzenie gładkiej powierzchni - jak tablica szkolna.
Ale co tam! Najważniejsze, że skończyłam pięciogodzinne klęczenie na grochu z korka ;-)
Niniejszym składam podziękowanie mojej siostrze za genialnie prosty pomysł z naparstkiem do wciskania szpilek - ja w zaślepieniu przyniosłam z samochodu obcęgi i nimi kombinowałam ;-D

Jakoś dzięki pomocy opatrzności udało się przeżyć ten tydzień. A nawet dzięki dwóm radom pedagogicznym przybyło mi sporo bieżnika hardangrowego ;-). Dziecko starsze zaliczyło trudną prezentację z j. polskiego na 4. I tego samego dnia zdała egzamin teoretyczny na prawo jazdy. Wynik badań (to straszne pobieranie krwi opisane kilka postów niżej ;-) ) ma jak górnik przodkowy.
Młodsza (pierwszoklasistka) przeszła szkolny etap konkursu literackiego i jedzie w poniedziałek na finał - KCIUKI POPROSZĘ!! :-)))
Więc ogólnie nie jest źle!

Opowieści dwuznacznych treści...

Dziś, z braku większej ilości czasu, wklejam kolejne opowiadanko "wspomnieniowe" z mojego bloga na multiply. Zostało napisane tuż przed świętami Bożego Narodzenia: 20.12.2008



Trochę się ostatnio zaniedbałam w pisaniu, ale jak można zauważyć jest okres przedświąteczny, więc i czasu jakby mniej na przyjemności.

Na pewno nie jedna z Was miała w swoim życiu takie "dwuznaczne" przygody wynikające z gry słów, zlepków zdarzeń itp. Dziś opowiem Wam trzy opowiastki...

Ale na początek takie moje małe wspomnienie z dzieciństwa. Przechodziłyśmy z moją Mamą obok jakiejś budowy. Ja miałam wtedy ok 4 lat. Panowie fachowcy w berecikach z antenką, w gustownych gumofilcach prowadzili dość głośną i ożywioną dyskusję, z której ja nie rozumiałam ani słowa. Zapytałam więc rodzicielkę:
-Mamo, co ci panowie mówią? Dlaczego ja ich nie rozumiem?
-Bo oni mówią po łacinie - odparła bez namysłu moja Mama.
Pomyślałam sobie wtedy z nabożnym podziwem dla tych "poliglotów", że ja na pewno nie zostanę budowlańcem, bo nigdy nie nauczę się tak pięknie mówić po łacinie...

1.
Moja Mama miała koleżankę, która dość często używała słów ogólnie uznanych za niezbyt parlamentarne. Otóż kiedyś pani ta wkroczyła do pokoju, w którym oprócz mojej Mamy siedziało jeszcze kilka innych pań. Wszystkie jak jeden mąż po uszy zagrzebane w robocie, niewiele zdające sobie sprawę z otaczającej je rzeczywistości. Wspomniana koleżanka grzecznie przywitała się:
-Dzień dobry.
Odpowiedziała jej cisza.
Na co ona niewiele myśląc wrzasnęła:
-No co mi tu żadna k...a nie odpowiada??
W tym momencie jedna z pań oderwała się od pracy i zamiauczała piskliwym, lekko oburzonym głosikiem:
- JA NIE SŁYSZAŁAM!!
Zupełnie nie zrozumiała dlaczego reszta jej koleżanek popłakała się ze śmiechu...

2.
Pewnego dnia, u mnie w pracy... Cisza, spokój... Nagle z hukiem otwierają się drzwi i wpada mój dyrektor z dramatycznym okrzykiem:
-Pani Moniko! GDZIE PANI STAWIA???
-Wie pan... Zasadniczo to w sypialni, ale jak pan w takiej potrzebie, to mogę i u pana w gabinecie...
Chodziło o to, gdzie zaparkowałam samochód, bo zaczęli robić remont dachu i stare blachy śmigały w dół jak jaskółki...


3.
A to świeżutka, niczym bułeczka dzisiejsza przygoda.
Pojechałam na poszukiwanie choinki. Jak co roku zaparłam się na zwykły, najzwyklejszy świerk (nie srebrny), bo jodeł nie lubię. Zjeździłam kilka miejsc oferujących różniste drzewka (nawet takie, co do fryzjera chadzały) i w końcu w ostatnim dopadłam świerczek dokładnie odpowiadający moim wymaganiom i oczekiwaniom. Zadowolona poszłam zapłacić, a w tym czasie pan z obsługi zapakował go w siatę i oparł o płot. Zapytałam:
-Czy mógłby mi pan zanieść go do samochodu?
-Nie ma sprawy.
Zwykle panowie sprzedawcy przynoszą mi drzewko do samochodu, opierają o drzwi i bye, bye. A dziś, jak doszliśmy do mojego jeździdła pan złożył mi propozycję nie do odrzucenia:
-Pani otworzy bagażnik, to włożę pani CHUJAKA.
Trochę mnie wcięło na taką bezpośredniość, ale zaryzykowałam - zgrabnie mu poszło..
.

wtorek, 21 kwietnia 2009

Wyróżnienie

Dziś rano spotkała mnie ogromnie miła niespodzianka. A właściwie dwie.
Otóż dostałam WYRÓŻNIENIA od AgiB i Laury!
Moja radość była tym większa, że nie miałam pojęcia o tym przemiłym zwyczaju panującym na blogerze.
Z dumą wklejam mój osobisty Order!

No i korzystając z prawa osoby wyróżnionej przyznaję moje wyróżnienia dla
AgiB
Laury
Wróbelka
Krzysi
Gohy
Jo-hany
Melci
Bogaczki

Jak widać, póki co trzymam się regulaminu ;-)

Bardzo Wam jeszcze raz dziękuję dziewczyny!!

A ogólnie? Hmmmm...
W pracy klęczę na grochu... Ale dziś nie napiszę nic więcej na ten temat!

niedziela, 19 kwietnia 2009

Bezludna wyspa...

Fajnie byłoby mieć taką bezludną wyspę. Na wyłączność. Z dostępem do internetu ;-). Mało brakowało, a miałabym taką na własność...
Ostatni piątek. Popołudnie... Skończyłam walkę z chwastami w różach (pisałam już wcześniej) i postanowiłam posiedzieć, odpocząć sobie na huśtanej ławeczce i posłuchać jazgotu ptasząt...
Taaaa...
Ledwo się rozsiadłam i odpaliłam fajeczkę, przyszła do mnie jedna taka mała z warkoczami poniżej pasa i oznajmiła radosnym głosikiem:
-Dzień dobry pani! Ja jestem Dobra Wróżka i spełnię pani najskrytsze życzenie!
Wszystko aż we mnie jęknęło! Moje dziecko młodsze jest niezniszczalne, jeśli chodzi o gadulstwo i pomysły wszelakie! Opędzić się nie da! O nie!!
Więc postanowiłam dla tzw świętego spokoju podjąć rzuconą rękawicę:
-Serio? Najskrytsze??
-Tak! Wystarczy, że pani je wypowie!
-Ok! W takim razie chcę zamieszkać na bezludnej wyspie! Z dostępem do internetu!!
Mina wróżki nieco zrzedła:
-Yyyyy... Jak to?? Tak SAMA???
Tylko czekałam na pytanie o Aniusię ;-)
-Tak!! Całkiem i zupełnie! Tylko ja, wyspa, internet i ptaki! Żadnych dzikich zwierząt, które mogłyby zrobić sobie ze mnie obiadek, albo kolację!
-A co pani tam będzie jadła? - zatroszczyła się o chudą klientkę Dobra Wróżka.
-Dobra Wróżko! Na tej wyspie będą, jak to na takiej wyspie owoce. Będę je sobie jeść i jeść! Do wypęku!
-Na pewno tego pani chce? - upewniała się lekko zestresowana Wróżka.
-Tak! Zdecydowanie!
-Yhy... To ja sprawdzę na mapie, czy i gdzie jest w ogóle taka wyspa.
-Dobra! Mnie się nie spieszy...
Dobra Wróżka wygrzebała spod grubej warstwy piachu w piaskownicy jakąś kartkę formatu A4, rozłożyła z namaszczeniem i zaczęła studiować ją ze zmarszczonymi brwiami. Ze zdumieniem stwierdziłam, że ta tajemnicza "mapa" to mój osobisty schemat z jakąś serwetką hardangerową! Po chwili usłyszałam:
-Wie pani? Taka wyspa jest. Ale daaaaaleeeekoooo!! Aż przy Afryce!!
-Super! - oznajmiłam z entuzjazmem.
-Ale tam jest okropnie gorąco! - wykrzyknęła Wróżka, ciągle mając nadzieję, że zmienię swoje niedorzeczne plany, a przynajmniej uwzględnię w nich młodszy przychówek.
-CUDOWNIE!! Uwielbiam upały! Proszę mnie tam zabrać! Już!
-Droga będzie dłuuuuga...
-Nie szkodzi!
-Będziemy musiały zabrać dużo jedzenia - Wróżka wyraźnie piętrzyła trudności.
-Więc niech je Wróżka wyczaruje!
Wróżka ciężko westchnęła widząc, że klientka wybitnie upierdliwa i nieustępliwa, nasypała do wszystkich dostępnych foremek góry piachu (znaczy przygotowała żarełko na drogę).
Potem rozsiadła się wygodnie na ściętym pniaku po jabłoni i zaczęła się nasza podróż na Bezludną Wyspę. Opisu Wam oszczędzę, bo niewiele brakowało, a dostałabym morskiej choroby od tych wszystkich sztormów i huraganów, które nas nękały...
-No to jesteśmy! - oznajmiła Wróżka po pewnym czasie.
Akurat w tej chwili zaczęły ujadać okoliczne burki, sąsiad kłócił się z żoną, a nad głowami przeleciał nam helikopter.
-Coś tu głośno na tej wyspie - rzuciłam niezadowolona.
-No cóż - powiedziała niezrażona Wróżka - trudno! Musi się pani przyzwyczaić!
W tym momencie ulicą przejechał jakiś samochód.
-Co to ma być?? - zgłosiłam reklamację - samochód?? Na Bezludnej Wyspie??
-Oczywiście! - zakrzyknęła Wróżka - bo proszę pani to jest ucywilizowana Bezludna Wyspa! O widzi pani? Tu są domy - Wróżka machnęła małą łapką w kierunku domu sąsiadów - i tu są domy - drugie machnięcie w bliżej nieokreślonym kierunku - Sama pani rozumie - CYWILIZACJA!!!
-Wiesz co Dobra Wróżko? To weź ty mnie z powrotem zawieź do mnie, do domu. Do moich córeczek. Już nie chcę takiej Bezludnej Wyspy.
-I bardzo dobrze! - zakrzyknęła wyraźnie zadowolona z takiego obrotu sprawy mała Dobra Wróżka....

Dziecko moje młodsze potrafi się nakręcić jak mało kto...
Jutro, z powodu mojej rady pedagogicznej, która będzie trwała dłużej niż jest czynna świetlica w szkole, ze szkoły odbierze ją starsza siostra. Do tej pory, odbieranie przez Asię było traktowane jak święto narodowe: nie dość, że całkiem dorosła siostra, którą można się było pochwalić wszystkim w klasie (nikt nie ma takiej starej siostry), to jeszcze jazda autobusem do domu, kilometrowy spacer od przystanku do domu i do tego bez obciążenia, bo starsza sis targa za małolatą plecak.
Dziś jednak coś się zmieniło... Na niekorzyść...
Rano przy czesaniu Ania oznajmiła mi ponurym głosem:
-Nie chcę jutro wracać z Aśką!
-A dlaczego?
-Bo ja jej nie lubię!
Hmmmmm.... Ciekawe....
Nie drążyłam tematu. Sprawa wjaśniła się kilka godzin później za sprawą mojego męża, który powiedział mi, że mała boi się jechać autobusem, bo.... SIĘ MOŻE ZAPALIĆ!!
O matko i córko!! Ręce mi opadły niżej odwłoka!
-Aniu! Nie bój się! Gwarantuję ci, że autobus się nie zapali!
-Nie? A dlaczego?
Mega szybkie myślenie:
-Bo one palą się tylko na mostach i wiaduktach!
-A dlaczego?
-Bo tam jest przeciąg! I jak jest jakaś iskra, to ten przeciąg rozdmuchuje i autobus się pali. A u nas jest osłonięte drzewami ze wszystkich stron i nie ma szans na pożar!
-Aha...
-A poza tym - nie będziesz sama! Asia cię uratuje!
-Aha...
-Najwyżej plecak zostawicie - tu przegięłam, bo mina znowu się wydłużyła - nie łam się! Kupię ci nowy!
-Na pewno??
-Tak!! Obiecuję!!
-To dobrze - buziak wyraźnie się uśmiechnął...
Ufff!! Jeden powrót nie z mamą i ile kombinacji???
A w tym tygodniu będę ją odbierać ze szkoły tylko dwa razy... Ciekawe, jakie problemy sobie wymyśli na powroty z dziadkiem???

A na koniec westchnę sobie pobożnie pod własnym adresem:
Panie Boże! Daj mi siłę, żebym przetrwała ten nadchodzący tydzień w stanie względnej normalności umysłowej!!

sobota, 18 kwietnia 2009

Koperty, wodorosty i odgrzebany wieszaczek

Szalejąc dziś po domu z Mietkiem-mopem i Władkiem-odkurzaczem przypomniało mi się pewne zdarzenie sprzed mniej więcej 3-4 tygodni.
Wracając z pracy, postanowiłam wstąpić do drogerii w centrum mojej wioski. Zwykle zaparkowanie samochodu o porze zwykłej - nie późnonocnej - graniczy tu bez mała z cudem! I właśnie tegoż dnia cud się ziścił. Patrzę ja zdumiona: wolne miejsce! Na kopercie! No normalnie nie wierzę!
Zaparkowałam z fasonem, wysiadłam i... Nawet nie zrobiłam pół kroku, gdy ze sklepu vis a vis mojej maski (yyyyy znaczy w sensie samochodowej ;-) ) wyskoczył starszy pan i zakrzyknął w moim kierunku:
-Niech pani tu nie parkuje!!
Zatkało mnie nieco...
-Dlaczego?
-Bo tu nie wolno! Tu jest koperta!!
-Nooo... Widzę... I dlatego tu zaparkowałam...
Facet rzucił okiem na mój samochód i z lekkim żalem i zawiścią rzekł:
-Aaa... Pani może tu stawać... Bo ja - dodał chyba z rozpędu - zaparkowałem i zapłaciłem...
Fanfary we mnie zagrały!
-Tak? - zapytałam z udawanym współczuciem - naprawdę pan zapłacił?
-Tak - stęknął z żalem za utraconą gotówką.
-I punkty pewnie też panu doliczyli?
-Yhy...
Na co ja wykrzyknęłam radośnie i rozgłośnie:
-I BARDZO DOBRZE PANU TAK!!
I poszłam sobie w swoją stronę zostawiając oniemiałego, nawróconego króla parkingów.

Dziś musiałam dorobić, a właściwie zrobić ponownie leniwą kremówkę. Ta wczorajsza zniknęła z prędkością światła. Mała jakaś była, czy co??

Poza tym na blogu Agi dopadło mnie wspomnienie i przypomnienie, że lata świetlne temu zrobiłam wieszaczek decu. W powiększeniu widać go lepiej i dokładniej.
Tyle, że na moim nie wisi zwiewny peniuar, bo takowych nie posiadam (ja to taka więcej barchanowa jestem ;-) )

A po południu, kiedy już rodzina była nakarmiona, co miało być sprzątane lśniło, co miało być poprane schło, ogłosiłam popołudnie i wieczór lenia (czyli mnie!).
W ramach lenistwa i walania się w słodkim nieróbstwie dziergnęłam sobie wodorosty. Jutro dostaną rodzeństwo w postaci kolczyków.

A tak na podsumowanie. Wczoraj pewien osobnik, który wybitnie mnie nie lubi z dużą dozą złośliwości i jadu (wcale nie ukrytego) powiedział mi, a właściwie napisał: "Ty to masz dużo czasu". Był to wyrzut, przygana i nagana. A ja tak sobie pomyślałam:
-Czy to grzech? Czy może umiejętność, łączenia OBOWIĄZKÓW i PRZYJEMNOŚCI? A może MY WSZYSTKIE ROBÓTKARY, MATKI, ŻONY I MENADŻERKI OGNISK DOMOWYCH po prostu jesteśmy "miszczyniami logystyki"?? ;-)
Życzę Wam miłej, słonecznej i spokojnej niedzieli. No i dużej ilości czasu ;-)

piątek, 17 kwietnia 2009

Wczoraj w mojej spokojnej zwykle bibliotece przeżyłam niezbyt miłe chwile...
Ok 13:00 otworzyły się drzwi i wszedł sobie jakiś facet. Tak koło pięćdziesiątki.
Wszedł i ani słowa nie powiedział, tylko się rozglądał po ścianach, zajrzał do czytelni, znowu gapił się po ścianach...
-Słucham pana.
Nic. Zero reakcji.
-W czym mogę panu pomóc?
Gość jakby się ocknął z letargu i oznajmił (ciągle kontemplując sufit i ściany):
-Chcę się zapisać.
-Ale pan nie jest pracownikiem szkoły. Nie może pan.
-Nie? A jakbym był, to bym mógł?
-Tak.
-Ale ja się chcę zapisać!
-To proponuję panu bibliotekę publiczną. Jest niedaleko.
-Czyli, że tu nie mogę, chociaż chcę?
I po raz pierwszy od wejścia spojrzał na mnie...
Poczułam strach... Zimny... Obezwładniający! Okropny!
Ja nawet nie umiem określić, co on miał w tych zmrużonych oczach... Trwało to ułamki sekund, ale na samo wspomnienie do tej pory ciarki mnie przechodzą.
"Ogarnęłam się" szybko i powtórzyłam:
-Nie, nie może pan. Biblioteka i czytelnia jest tylko dla uczniów i pracowników szkoły. Nikt z zewnątrz nie może się tu zapisać.
-Aha...
Postał jeszcze chwilę i wyszedł.
Odetchnęłam głęboko i ogarnęła mnie ślepa furia!
Kurrr... cze!! Ochrona! Monitoring! Portiernia! Cieć na tejże! I co?? Każdy włazi kiedy chce i szwenda się gdzie chce??? Do mojej biblioteki niełatwo jest ot tak sobie trafić z drzwi!
Wyskoczyłam na korytarz i pognałam na portiernię zrobić Sajgon z Wietnamem, ale... NIE BYŁO KOMU!! Więc odwróciłam się na pięcie i poleciałam do księgowości. I co usłyszałam?
-Aaaa! To taki nieszkodliwy człowiek. On jest umysłowo chory. Mieszka tu u nas (szkoła ma 2 mieszkania z osobnym wejściem - tak gwoli wyjaśnienia). On taki raczej spokojny jest...
Raczej spokojny... No nie powiem, żeby mnie to uspokoiło...
Chwała Bogu dziś piątek!
Z tego szczęścia, że znowu mogę być Menadżerem Ogniska Domowego, dziś po powrocie z pracy zrobiłam leniwe kremówki

Miałam trochę oporów i wątpliwości, ale wyszła pysznościowa!!

A po działalności kuchennej wydałam walkę zielsku obficie obrastającemu róże. Kiedy tak staczałam walkę z chwastami myślałam, że niezrozumiałym dla mnie zjawiskiem jest to, że kwiatki rosną tak wolno i tyle potrzebują naszego zachodu i starania, a wszelki badziew pleni się beztrosko i swobodnie. Czy zna ktoś odpowiedź??

Aha! Zapomniałabym - chustecznik się skończył lakierować. Najzwyklejszy w świecie. Oklejony moim ulubionym papierem ryżowym.


Agnieszko! Jeśli to czytasz - nie pęknij ze śmiechu, bo przy Twoich pracach, moje prezentują się wybitnie mizernie...

czwartek, 16 kwietnia 2009

Bibliotekarza życie nudne (?)

Jak jest postrzegany bibliotekarz, a właściwie bibliotekarka? W świadomości większej części społeczeństwa to osoba nudna, spokojna, ubrana w szare szatki, w cichobiegach z konwencjonalnym koczkiem na głowie. Mówi ściszonym głosem, żeby nie zakłócić spokoju płynącego z regałów wypełnionych mądrymi myślami innych ludzi. W pracy głównie zajmuje się czytaniem książek i od czasu do czasu wyrywa sobie jakieś spod serca, żeby je pożyczyć profanom (czytaj - czytelnikom).
No cóż... Nie miejsce to i czas, żeby burzyć stereotypy większości (zaznaczam, że nie całej!) ludzkiej populacji. I nie będę się rozwodzić nad całością mojej pracy. Ograniczę się raczej do opisania Wam trzech przykładowych historyjek, które "rozświetlają" moją szarą egzystencję nauczyciela-bibliotekarza. A zdarzeń tego typu mam na koncie sporo. Te, z którymi chcę Was dziś zapoznać są najbardziej chyba charakterystyczne.

Opowieść pierwsza typu

SOFT

Pewnego dnia wchodzi do mojej biblioteki trzech dresów ABSów (Absolutny Brak Szyi).
Stają przed moim biurkiem z dość ponurymi minami. Głos zabrał ich przywódca i oznajmia:
-Dziady trzy.
-Widzę. A co chcecie?
Chwila konsternacji z obu stron (moja szybka myśl - Jessssu! Opony mi przebiją!! ) A potem radosny rechot trzech dżentelmenów
-Hehehehehehehe! "Dziady" część trzecią Mickiewicza poprosimy.


Opowieść druga typu

HARD

Spokojny poranek. Kawka jeszcze nie wypita rozsiewa przyjemny aromat . Wchodzi młodzian z klasy pierwszej.
-Dzień dobry. Chciałbym coś o Mikołaju Koperniku.
-Dzień dobry. Czy potrzebujesz czegoś do szczegółowego opracowania na referat, czy do krótkiej notatki w zeszycie?
-Raczej mało, do zeszytu.
-Ok. W takim razie - w szafie masz czterotomową encyklopedię. Wyjmij sobie i idź do czytelni. Jak skończysz, odłóż ją na biurko.
-Dobrze. Dziękuję - powiedziało dziecko płci męskiej.
Stanął przed szafą, podumał chwilę. Wyjął wolumin i poszedł do czytelni. Po krótkiej chwili wyszedł i oznajmił:
-Niestety - nic tu nie ma...
-Jak to??? O Koperniku??
-No tak...
Tknięta dziwnym przeczuciem zapytałam:
-A jak szukałeś? Pod jakim hasłem?
-No jak to pod jakim? Mikołaj!


Opowieść trzecia typu

HARD CORE

Piękny dzień sprzed kilku lat. Wtedy były jeszcze licea czteroletnie. Wchodzi dziewczę. Nie. Nie dziewczę... Jutrzenka, cudeńko, sama doskonałość, kwintesencja kobiecej urody we wczesnym rozkwicie. Włosy w lekkim skręcie, naturalny blond. Błękitne, niewinne oczęta ocienione nieprzyzwoicie długimi, czarnymi rzęsami. Delikatny uśmiech na malinowych wargach. Figurka niczym laleczka z saskiej porcelany. Jednym słowem - cudo stworzone przez matkę naturę. Stanęło to bóstwo przed moim biurkiem i z olśniewającym uśmiechem oznajmiło delikatnym głosem:
-Chciałam wypożyczyć książkę.
-Och! To dobrze trafiłaś! A jaką?
-Lekturę do klasy czwartej.
Czekam cierpliwie przez kilka-kilkanaście sekund na bliższe szczegóły. Nic... Cisza.... Więc ośmieliłam się zapytać:
-A jaką?
-A nie wiem... Do czwartej klasy.
Zaczęłam drążyć temat:
-Wiesz - tych lektur jest dość sporo, więc trudno będzie mi się wstrzelić w odpowiednią. Może pamiętasz autora (tak z grubej rury walnęłam).
-Hmmmm... - dziewczątko popadło w zamyślenie jednocześnie wodząc cokolwiek zdumionym wzrokiem po półkach od góry do dołu wypełnionych książkami. Nagle rozpromieniła się i oznajmiła:
-Już wiem! Przypomniałam sobie!
-Tak? - zapytałam z nadzieją.
-Adam Sienkiewicz!
Hyyyyy... Przez chwilę nie miałam pojęcia jak JA się nazywam... Ale po chwili górę wziął "profesjonalizm" i spokojnie oznajmiłam:
-Wiesz - był taki Adam, ale Mickiewicz, a Sienkiewicz to miał na imię Henryk. Dwa w jednym to nie oni.
-Taaak? Możliwe - zgodziła się piękność
-To może tytuł pamiętasz?
-Pomyślę...
Trochę to trwało, aż w końcu usłyszałam:
-Już wiem! PRZEDŚPIEW!!

Czy muszę wyjaśniać, że było to "Przedwiośnie" Stefana Żeromskiego?

środa, 15 kwietnia 2009

Dzień jak ze złego snu...

A dziś kolejne opowiadanko, które umieściłam czas jakiś temu na multiply. Miłego czytania :-)

Dziś dam Wam odpoczynek od "dusznych" opowieści. Opiszę Wam pewien dzień, który przeżyłam prawie 5 lat temu, ale pamiętać go będę do końca życia...
Był piękny, sierpniowy poranek. Wyjeżdżaliśmy na wczasy nad morze - do Łeby. Kiedy bagaże były już zapakowane, bagażnik zamknięty dzięki pomocy boskiej i sile mięśni mojego męża, ruszyliśmy w drogę.
Ot - zwykły rodzinny wyjazd jakich wiele w wakacyjny czas - o czym tu pisać (tak pomyślicie). Otóż nie tak łatwo dojechać jest z Warszawy do Łeby... Droga potrafi być najeżona wieloma zaskakującymi przypadkami.
Jechaliśmy sobie spokojnie. Nasze obie dziewczynki siedziały na tylnym siedzeniu, bezpiecznie przypięte pasami (młodsza w osobistym foteliku spała jak suseł).
Nagle, jakieś 150km od domu w sposób dość gwałtowny i niespodziewany dowiedzieliśmy się, że nasza młodsza, trzyletnia wówczas latorośl cierpi na przypadłość zwaną "chorobą lokomocyjną"...
No cóż... Za pomocą wody z butelki i wyszarpanej jakimś cudem z precyzyjnie zapakowanego bagażu ścierki udało mi się z grubsza doprowadzić dziecinę do stanu względnej używalności. Przebrałam moje małe szczęście w suche i czyste rzeczy i ruszyliśmy dalej w naszą, jakże ekscytującą drogę. Ania jeszcze kilka razy zwracała uprzejmie to, co rano dostała na śniadanie. Mogę stwierdzić, że na 5 razy 2 udało się zostawić w przydrożnym rowie. W pewnej chwili przez głowę przemknęła się myśl, że w tym tempie zużyjemy w drodze wszystkie ciuchy, które miałam spakowane na 2 tygodnie. Nie przypuszczałam, że tego dnia bardzo różne myśli będą mi "przemykać" przez mój rozum...
W okolicach Ełku, a może Nowego Dworu Gdańskiego, mój mąż powiedział mi, że do obwodnicy Gdańska pojedziemy przez Pruszcz Gdański:
-Droga gorsza, ale szybsza i bardzo malownicza.
Fakt - sama teraz tamtędy jeżdżę nad morze - ta aleja kasztanowców nie ma sobie równej! Co z tego, że wąska jak wstążka!
Szybsza droga okazała się drogą przez mękę... Nie wiedzieliśmy, że w niedzielę jest pod Pruszczem jakiś targ czy giełda. Właśnie się kończyła, jak tam dojechaliśmy. Korek był masakrastyczny. Właściwie samochody nie jechały - one po prostu STAŁY... I STAŁY... I STAŁY... I CIĄGLE STAŁY!!!
Nagle w trakcie tego stania odezwała się młodsza latorośl oznajmiając ponurym głosem:
-Będę zygać!
Więc z prędkością światła wydłubałam aniołka z fotelika i wywlokłam na brzeg drogi. Dziecina przykucnęła...
Spojrzała w lewo......
Spojrzała w prawo.....
Spojrzała przed siebie.....
I wygłosiła kwestię:
-Ales bzydka okolica!! Nie będę tu zygać!!
Krztusząc się ze śmiechu zapakowałam estetkę do samochodu, który nie drgnął przez czas kontemplacji okolicy nawet o metr i uspokoiłam pozostałą część rodziny, że chyba atrakcje mamy już z głowy.
O naiwna ja!!
Po jakiś 2 godzinach dowlekliśmy się tą szybką drogą do obwodnicy. I jakoś się jechało.
Mniej więcej 2-3km od tablicy z upragnionym napisem "Łeba" nagle stanęliśmy. Kolejny korek. Ale czemu???? W tę stronę??? O tej porze??? Coś nie halo...
Wysiadłam z samochodu, żeby zobaczyć co jest grane. Przed nami stały jakieś 3-4 samochody. A gdzieś tam w polu jakiś samochód, z którego w stronę drogi rączo pomykał kierowca. Podążyłam wzrokiem za jego pośpiechem i zobaczyłam na środku drogi rower. Obok roweru faceta, który niezdarnie gramolił się z jezdni trzymając się za głowę. Między palcami sączyła mu się całkiem wartko strużka krwi...
Jak się okazało - gość był ugotowany na miękko i gibnęło go prosto pod ten samochód stojący w polu. Kierowca miał refleks i zahaczył go tylko kapkę.
Tjaaaa....
Pogotowie z Lęborka przyjechało po jakiś 15 minutach. Policja po kolejnych 30. A po następnych 15 minutach RUSZYLIŚMY!!
Dojechaliśmy do ośrodka, w którym mieliśmy wynajęty od znajomego domek. Teren jest ogrodzony, więc wysiadłam z samochodu w celu otwarcia bramy. Przerosła mnie skubana! Nie miałam 4 rąk i mąż musiał mi pomóc. Po otwarciu wrót do ziemi obiecanej, mąż wsiadł za kierownicę i ruszył...
Brama też...
Akurat powiał wiatr. Dobrze, że wtedy mieliśmy samochód z plastikowymi, czarnymi zderzakami, a nie w kolorze nadwozia, bo ślad byłby straszny!
Podjechaliśmy do domku. Po moim wstępnym rekonesansie i ogólnej aprobacie ( w przeciwieństwie do męża i starszej córki byłam tam po raz pierwszy), zabrałam się do prania zbeszczeszczonych ciuszków i fragmentów fotelika samochodowego.
Mój chłop wypakowywał bagaże.
Wyszłam z praniem na taras i zaczęłam je rozwieszać na sznurkach. W tym czasie przyszli sąsiedzi, a właściwie sąsiadki z domku obok. Po miłym "dzień dobry" i "o! mamy nowych sąsiadów", panie weszły do swojego domku. Nie minęła minuta jak usłyszałam dramatyczny krzyk:
-JEZUS MARIA!! OKRADLI NAS!!!
Ciarki mi przeleciały po grzbiecie. Panie wypadły jak jeden mąż na zewnątrz, roztrzęsione i zdenerwowane.
-Czy pani kogoś tu nie widziała?? - to do mnie
-Niestety nie. Przyjechaliśmy kilkanaście minut temu.
-Czy możecie nam pożyczyć komórkę, bo nasi mężowie mają, my nie i nie mamy jak ich zawiadomić.
-Nie ma sprawy.
Panie zadzwoniły po mężów i po policję, która przyjechała nad podziw szybko.
Pan policjant po wstępnym ustaleniu co zginęło, zwrócił się do mnie:
-Czy pani coś widziała, może ktoś się tu kręcił?
-Nie. Przyjechaliśmy niecałą godzinę temu.
-Taaaak??? - pan niebieski popatrzył wymownie na beztrosko kapiące pranie dopiero co rozwieszone przeze mnie. (miał rację - kto przy zdrowych zmysłach zaczyna pobyt na wczasach od prania??).
-Tak. Dziecko nam chorowało całą drogę i musiałam zrobić pranie, bo przez 2 tygodnie zapleśniałoby nie mówiąc już o smrodzie.
Misiaczek popatrzył z niedowierzaniem i już otwierał usta, kiedy nagle z domku wyszło moje małe szczęście z lokami do pasa i bosymi stópeczkami. Wbiło niewinne, błękitne oczęta w przedstawiciela władzy i z dumą przeplataną radością oznajmiło:
-Ales ja zygałam! Całą dlogę! Cały samochód zazygałam! Ale w pluscu gdańskim jest bzydko i mi się odechciało.
Pomyślałam sobie wtedy, że dzieci to nie najgorszy wynalazek.
Pan mundurowy pohamował z trudem wybuch śmiechu i dał mi spokój.
Po pewnym czasie postanowiłam umyć młodszą córcię i położyć ją spać.
Poszłyśmy do łazienki. Wstawiłam dziecko do brodzika, nastawiłam wodę w prysznicu, polałam dziecko i nie zakręcając kranu szybciutko namydliłam moją pannę od alibi. Złapałam prysznic w celu spłukania i... RANY BOSKIE!! Taki ryk jaki wydało z siebie moje dziecko godny był pastucha, co owce z trzech hal zwołuje!
-ŁAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!
Wsadziłam rękę pod wodę i sama mało nie padłam z wrażenia - to nie była woda - to był wrzątek w najczystszym wydaniu!!
Szybko złapałam za kurek z gorącą wodą, żeby ochłodzić ciągle wrzeszczące dziecko i... tenże kurek został mi w ręku!
Ukrop się leje, dziecko się drze prawie ugotowane żywcem (taka odmiana Rozalki z "Antka")! W desperacji i cudem boskim udało mi się wepchnąć kurek na miejsce i jakimś cudem zakręcić ten war. W zamian za to z prysznica pociekła woda bliska temperatury zamarzania. Dotychczasowe "ŁAAAA" wydawane przez moją Anię zamieniło się w :
-UUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUU!!!!!!!!!!!!!!!!
Zakręciłam również ten kurek, złapałam miskę, w której robiłam pranie, wsadziłam ją pod kran w umywalce (bo jakoś musiałam spłukać moje spienione dziecko), nalałam w dzikim tempie odpowiednią temperaturowo wodę i niewiele myśląc (aby szybciej!!) chlupnęłam na tupiąco-wrzeszczące dziecko. Tak od serca - od stóp do głów...
Wrzask umilkł... Zmienił się w parskanie, prychanie i lekkie rzężenie.... Kiedy dziecko mogło już złapać oddech po próbie utopienia przez kochającą je matkę oznajmiło:
-Wies co mamusiu? Ja jus mam dość tej Łeby. Wlacajmy do domu, do Walsawy!
Pomyślałam sobie: "dziecinko! nawet nie wiesz, jak dobrze cię rozumiem!!"
Kiedy już udało mi się położyć Aniusię do łóżka nie czyniąc jej dalszych krzywd, poszłam na taras, usiadłam bez siły, zapaliłam papierosa i bezmyślnie i tępo wpatrywałam się przed siebie.
Mój mąż wyszedł z domu, stanął, popatrzył na mnie i bez słowa gdzieś sobie poszedł.
Po chwili wrócił niosąc wielki kufel piwa z sokiem malinowym. Dał mi go i powiedział:
-Masz. Pij. Należy ci się.

Wiecie co? To był bardzo fajny wyjazd. Poza tym pierwszym schizowym dniem..

wtorek, 14 kwietnia 2009

Dzień jak co dzień

Święta były i się skończyły. Zaczął się zwykły tydzień. Trochę niezwykle...
Zawlokłam starszą córkę na pobranie krwi... Zadowolona to ona nie była! O nie!! Wręcz przeciwnie! Zapakowała się do samochodu wściekła na cały świat (ja!) i okolice (ja!) z trzech ważnych powodów:
1: ferie, a ja brutalnie wkroczyłam o 8:00 świeżutka jak skowronek i kazałam wstawać
2: bez śniadania - wszak wszyscy wiedzą, że jak Polak głodny, to zły (moje dziecko jest wybitnie polskie ;-) )
3: na horyzoncie widać już było oczami duszy te straszne igły, strzykawy i w ogóle!!

Powarkując na mnie, dziecko wkroczyło do gabinetu. Od progu oznajmiła, że ona chce zalegnąć na leżance, bo jak nie to kipnie!
-Proszę bardzo - powiedziała pani pielęgniarka.
Pyk, pyk - chwilka i po ptakach - jucha utoczona.
Aś poleżał jeszcze chwilę i zabrał zwłoki na korytarz, bo jak rzekła pani wampirzyca:
- Posiedź sobie trochę, bo może być tzw spóźniona reakcja.
No i była... Chwilę tylko posiedziała i musiałam wzywać siły fachowe ;-)
Profesjonalnie machnęły ją na opuszczoną przed chwilą leżankę, porobiły jakieś wygibasy z jej nogami i głową i dziecko po chwili pyszczyło już całkiem normalnie.
Zabrałam wygłodzoną i odchudzoną o kilka mililitrów dziecinę do domu.
Ba! Nawet śniadanko jej zrobiłam! Miała naiwnie nadzieję, że tak już mi zostanie, ale stwierdziłam, że dzień dobroci kończy się dziś o 9:00 - była 8:40...
Później wydałam wojnę chwastom obrastającym w sposób bezczelny rododendrony i azalie.
Miałam rzecz jasna pomocnicę - młodszą latorośl chętnie babrzącą się w glebie.
Wywaliłam też spod różaneczników kopiastą taczkę starej, "przegryzionej" już ziemi i sypnęłam nowym torfem. W czasie tychże prac wykopaliskowych zdewastowałyśmy z Anią dom mrówom. W ramach zemsty zostałyśmy pogryzione przez bezdomne czarne mrówki z czerwonymi mózgami (określenie małej).
A potem, kiedy zabrakło nam już kwaśnej ziemi z czystym sumieniem usiadłam sobie na huśtawce i dokończyłam "Zakonnicę na schodach"
Dlaczego tak go nazwałam? Bo jak widać naszyjnik jest czarno-biały i w trakcie dziergania przypomniał mi się taki stary dowcip:
"Co to jest? Czarne, białe, czarne, białe, czarne, białe. BĘC!!
Zakonnica spadająca ze schodów."

A jutro marsz do arbeitu - dochodzę do wniosku, że jednak najlepiej czuję się w roli kury domowej, czy jak kto woli menadżera ogniska domowego ;-)

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Światełko w tunelu

Dziś na multiply wrzuciłam takie oto opowiadanko:

Przypomniała mi się dziś pewna historyjka. Cokolwiek dziwna, ale i śmieszna w końcowej fazie...

27.02.2007
Pamiętam tę datę doskonale. Czekałam na ten dzień całe długie siedem miesięcy. Cóż to za dzień? No cóż... Dzień rzeźni niewiniątka, a mówiąc po polsku: tego właśnie dnia miałam mieć operację na kulasa .
Rano, po spokojniutko przespanej w szpitalu nocy (stopery miałam w uszach), poszłam do dyżurki pielęgniarek, żeby mi pomalowały jodyną nogę przeznaczoną na rzeź. Standardowo zapytały mnie trzy razy, która to ma być noga i przystąpiły do dzieła. W trakcie upiększania kopyta pogadywałam sobie z miłymi paniami, a mój wzrok padł na szafkę z wielkim czerwonym napisem: ZESTAW REANIMACYJNY. Nie byłabym sobą, gdybym nie zapytała:
-Czy to kiedykolwiek było używane?
-Na tym oddziale? - pielęgniarki roześmiały się radośnie - Nigdy!
-No to ja będę pierwsza - rzuciłam sobie lekko, acz bezmyślnie...
-Akurat!! Hehehe!! Nie ma takiej możliwości!

Kilka godzin później leżałam sobie plackiem pełna błogości i zadowolenia na sali ogólnej wraz z sześcioma innymi paniami. Czułam się jak w niebiesiech
No bo raz, że miałam już z głowy, dwa: po rekonwalescencji miało być fajnie, trzy: nic nie musiałam, cztery: żarełko sobie kapało bezpośrednio do żyły (szczęką nie trzeba ruszać, a głodu się nie czuło). No i ogólnie fajnie jest!!
Jako iż w pozycji horyzontalnej nie da się haftować, czytałam sobie moją ukochaną Monikę Szwaję i czułam się kobietą luksusową .
Reszta pań z sali ekscytowała się losami bohaterów serialu "M jak miłość" .
Nagle ten mój błogostan został lekko zakłócony...
Poczułam, że coś dziwnego się dzieje z moimi nogami... Jakby drętwiały, czy coś...
Trochę się zdziwiłam, bo lewą mogłam czuć, ale prawą? Niemożliwe! Przemknęło mi przez głowę coś o bólach fantomowych, ale przecież nikt mi nogi nie uciął do diabła!! Chyba nie uciął... Przecież wiem co robili, bo widziałam!!
Ale na wszelki wypadek pomacałam prawą stronę - tam gdzie powinna być noga i była.
Dziwne uczucie drętwienia dalej sobie było... Postanowiłam zignorować. Czytam dalej... Po krótkiej chwili poczułam, że to drętwienie przesuwa się coraz wyżej i wyżej...
A ja dalej konsekwentnie olewam....
Do czasu. Książka sama wypadła mi z rąk!
-O szlag! Chyba nie jest ok!
Resztką silnej woli sięgnęłam po dzwonek. Pielęgniarka przybiegła w błyskawicznym tempie:
-Co się dzieje?
-Nie mogę oddychać - wycharczałam jakoś i....
Fajnie mi się znowu zrobiło - cieplutko, ciemno i cichutko...
Ostatnią rzeczą, jaką usłyszałam był jakiś podniesiony męski głos:
-Wyłączcie ten cholerny telewizor, bo serca nie słyszę!
Chciałam powiedzieć, że to możliwe, bo ja nie mam serca, ale nie chciało mi się
I teraz dziwna część opowiadanka:
Znalazłam się w tunelu... Tak, tak! Tym "słynnym" jak sądzę. I faktycznie gdzieś tam, het przed sobą widziałam światło i zaczęłam iść w jego stronę - odruchowo. I nagle, przypłynął do mnie głos... Nieeee! Nie z niebiesiech! Bynajmniej...Był to głos mojej starszej córki, która żegnając się ze mną poprzedniego dnia powiedziała:
-Mamo! Jak byś była w tunelu, to nie idź do światła!!
Obiecałam, że nie polizę.
A więc zatrzymałam się w pół drogi i z żalem stwierdziłam:
-Kurcze! Obiecałam! No szlag! Muszę wracać!
Wróciłam...
Pierwsze słowa, które usłyszałam:
-Mamy ją!
Bardzo niechętnie uchyliłam oko i zobaczyłam... męski zegarek!
-Ale nas pani wystraszyła! - powiedział zegarek, a właściwie jego właściciel - na tym oddziale jeszcze tego nie było!
Posiedział jeszcze chwilę, aż zaczęłam się różnić barwą od poduszki i poszedł...
Na sali panowała cisza...
Nagle ozwał się jakiś głos:
-No tak! Wyłączyć telewizor to było komu, ale włączyć to już niełaska!!
Jedna z pań poczłapała do okienka na świat, włączyła przy aplauzie pozostałych.
I co zobaczyły???
NAPISY KOŃCOWE!!
I kolejna kwestia, tym razem wygłoszona ze złością:
-No tak! Już koniec!! A taki dziś był ciekawy odcinek!!
Skuliłam się pod kołdrą ze strachu myśląc, że jak nic w nocy mnie poduchą zatłamszą w ramach zemsty za zmarnowany film.
A potem pomyślałam:
-I co to za wdzięczność?? Ja im funduję "Na dobre i na złe" life, a one tak nie doceniają mojego poświęcenia!
I bądź tu człowieku kreatywnym!!!

środa, 8 kwietnia 2009

Duch - opowieść trzecia (tryptyk)

Zaznaczam, że pisałam to już wcześniej - w listopadzie

1.
Było to jakiś miesiąc temu
Działałam sobie w kuchni smażąc na obiad wątróbkę. W pewnym momencie usłyszałam za plecami jakiś dziwny dźwięk. Obejrzałam się i zobaczyłam, że jeden z obrazków wiszących na ścianie już nie wisi, tylko leży na stole. Pomyślałam sobie, że to trochę dziwne, bo haki w ścianę mam uczciwie wkręcone i nie ma możliwości, żeby się urwały (no chyba żebym słonia powiesiła).
Podeszłam i stwierdziłam, że hak tkwi jak tkwił, a obrazek chyba sam polewitował na stół... Zawieszka na obrazku też była w całości. Powiesiłam. W tym momencie usłyszałam lekką eksplozję z patelni - wątróbka mimo, że smażyła się na małym ogniu pękła z hukiem rozbryzgując dookoła gorący olej... Gdyby nie obrazek, nieźle bym wyglądała - poparzona i do tego w wątrobiane cętki

2.
Dwa dni później, w niedzielę - również w kuchni (to takie moje środowisko naturalne :)) )
. Robiłam poranną kawę. Ponieważ oboje z mężem pijemy rozpuszczalną, do kubków wlewałam wodę gorącą, ale nie wrzątek. I teraz meritum sprawy: nie wiem dlaczego i jak znalazłam się jakieś pół metra od szafki... I jakby z małym opóźnieniem kubek z moją kawą pękł z hukiem na pół! Równiutko! Jakby go coś ciachnęło nożem :00: Kawa chlupnęła dookoła jak bure morze i spłynęła smętnymi łzami na podłogę...
Nie wiem co mnie odciągnęło. Nie poczułam. A jasnowidzem nie jestem i nie przewidzę kiedy jaśnie pan kubek będzie uprzejmy trzasnąć :))
Najważniejsze, że mnie nie poparzyło, bo mimo, że to nie był war, to jednak trochę tych celsjuszy w kubku było.

3.
To było w ostatni poniedziałek. Dokładnie 24.11. Miałam wolny dzień i nie poszłam do pracy. Po śniadaniu, tradycyjnie zrobiłam sobie kawę (tym razem kubek nie pękł ) i z kubasem w garści pomaszerowałam w kierunku mojej palarnio-pracowni na poranną kawkę zagryzaną papieroskiem. Idąc muszę przejść przez pokój. Stoi tam komoda, a na jej dwóch przeciwległych brzegach kwiaty - takie szable (nie pamiętam nazwy),
Obok komody, nieco wysunięty do przodu stoi fotel.
Tego dnia jeden z kwiatów nie stał na swoim miejscu. To znaczy doniczka jak najbardziej. Z ziemią. Kwiatki natomiast stały sobie w równiutkim szeregu oparte o fotel. Żadną miarą nie mogły same tak się ustawić - musiały by lecieć na ukos, do przodu. Ziemi na komodzie prawie nie było. Między meblami też nie. Natomiast przed fotelem i owszem... Miałam co sprzątać. Myślałam, że może mój mąż zebrał rozpizgnięte zielsko przed wyjściem do pracy i ustawił je tak, żeby ich nie stratować przy wyjściu z domu. Kiedy wrócił z pracy zagaił rozmowę:
-Widziałaś rano te kwiatki?
-Nie, no skąd! Same się sprzątnęły...
-No tak. Głupio pytam.
Przez grzeczność nie zaprzeczyłam
-A właśnie! Czy to ty je ustawiłeś tak wzdłuż fotela?
-No właśnie nie... One tak stały jak przyszedłem rano.

Później dziecko starsze też mnie pytało o kwiaty, bo na niej też zrobiły wrażenie tak sobie stojąc i czekając nie wiadomo na co...

Ciekawe, po co je mój duch wyciągnął z doniczki? Zasugerował, że może wreszcie pora w końcu je przesadzić w nową ziemię, bo przymierzałam się do tego już hmmmm... ponad rok

Duch - opowieść druga

Na początku pragnę zaznaczyć, ze jestem przy zdrowych zmysłach - głosów nie słyszę, krzyży nie widzę

To było w pracy. Przyszła do mnie koleżanka po słowniki do łaciny. Dałam jej co chciała i stałyśmy sobie gadając o dupie Maryni (za przeproszeniem).
W pewnym momencie USŁYSZAŁYŚMY OBIE, że coś spada z mojego biurka i toczy się pod nogi koleżanki. Więc schyliłyśmy się odruchowo, żeby to COŚ podnieść. Tyle, że nie było czego podnosić... Na podłodze nic nie było.
-Słuchaj! Wydawało mi się że coś upadło. - powiedziała Kasia (koleżanka znaczy)
-No...
-Ale nic nie ma!!
-Widzę... Nie przejmuj się! To pewnie mój duch.
-COOOO????
-Oj spoko! Mam zaprzyjaźnionego ducha.
-RANY BOSKIE!! Ja się boję duchów! - zakrzyknęła koleżanka i tyle ją widziałam :))
Po słowniki przysłała uczniów, bo w panice zwiała bez potrzebnych pomocy naukowych...

Kilka tygodni później zdarzyła mi się kolejna dziwna historia... Ale do rzeczy.

Na początku maja była u mnie pani, od której kupuję książki do biblioteki. Często tez kupuję sobie prywatnie. Tym razem zapytałam ją o Encyklopedyczny Atlas Zwierząt (nawiasem mówiąc - super sprawa dla dzieci), ale nie miała i obiecała się dowiedzieć.

Teraz pozornie nie na temat.
Dzień po wizycie u mnie p.Doroty wracałam do domu z matury w innej szkole. Komórkę miałam na półce w samochodzie. I nagle zaczęła sobie grać... Nie tak jak normalnie, ale jakąś własną melodią. Wzięłam ją zdumiona w rękę i w tym momencie wyświetlacz zgasł, a komórka zamilkła.

Tydzień po pierwszej wizycie ponownie zawitała do mnie pani Dorota.
-Niestety, nie ma już tej książki. Szef jeździł i szukał, ale nakład już wyczerpany. A tak pani zależało.
-E! Bez przesady :)
-No jak to? Przecież następnego dnia smsa mi pani przysłała
-JA???
-No tak - wyjęła komórkę i pokazała mi: "Pani Dorotko, czy pamięta Pani o Encyklopedycznym Atlasie Zwierząt? Monika"

Numer nadawcy - mój...

Doszłam do szybkiego wniosku, że ktoś zwariował. Wlazłam w swoje billingi (Bogu niech będą dzięki za internet :)) :)) ) i... Nie ma śladu, że pisałam smsa do Doroty.

Aha! Czy muszę dodawać, że Dorota dostała tego smsa widmo w tym samym mniej więcej czasie, w którym moja komórka zagrała sobie własną muzyczkę ?

Duch - opowieść pierwsza

Jakiś czas temu zaczęłam umieszczać krótkie historyjki z mojego życia na multiply. Ponieważ nie mam kopii tej pisaniny, postanowiłam wstawić je również na tzw. wszelki wypadek również i tutaj.



Lubicie opowiadanka o duchach? A kto ich nie lubi
Ja Wam opowiem, co ostatnimi czasy dzieje się wokół mnie...

Zaczęło się to wszystko tak mniej więcej w połowie lutego tego roku.
Byłyśmy w domu same z Anią + kocica. Ania coś oglądała w TV, ja oczywiście coś tam dłubałam. Przyszła do nas kocica. Wskoczyła do Ani, otarła się jej o plecki, odwróciła się w stronę drzwi i... skamieniała, zjeżyła się i przyczaiła wyraźnie przerażona. Nagle odmieniło ją! Wstała, zadarła ogon do góry i wybiegła radośnie na korytarz wyraźnie w kogoś wpatrzona. Działo się to wszystko bardzo szybko. Ja oczywiście wyskoczyłam za nią, bo ciekawość mnie zjadła. Na korytarzu oczywiście pusto, a kocica schodziła już ze schodów wpatrzona w coś/kogoś. Na dole stanęła zdezorientowana i rozglądała się wyraźnie zdziwiona. Pomyślałam, że mam kota schizofrenika i wróciłam do pokoju...

Następnego dnia siedziałam w pracowni i coś tam lakierowałam. Obok, za ścianą jest pomieszczenie, w którym trzymamy m.in. drewno do kominka, makulaturę i stoi plastikowy kontener na śmiecie. Jak wspomniałam, siedziałam sobie spokojnie i nagle słyszę huk! Potężny! Ktoś z rozmachem zatrzasnął klapę od kontenera. Więc zerwałam się i pognałam zobaczyć kto się tak rozbija i demoluje wyposażenie wnętrz ;-) . Otwieram drzwi... Nikogo...
Ciemno jak u murzyna w ślepej kiszce...
Poszłam do domu i pytam chłopa:
-Wywalałeś coś do śmieci?
-Nie. Cały czas siedzę w kuchni. A właśnie - kto tak strzelił pokrywą?
-No nie ja. Myślałam, że się odmieniłeś i śmiecie wyniosłeś (nie mogłam sobie odmówić złośliwości )
Mój sceptycznie nastawiony do ezoteryki i innych tego typu zjawisk mąż lekko się s
tremował... Nie wiedział co go jeszcze czeka...

Kilka dni później brał drewno do rozpalenia w kominku i nagle skamieniał... W pudle w którym jest porąbane drewno do rozpałki leżało coś... (Zaznaczam, że pudło jest cyklicznie opróżniane do ostatniej drzazgi.)
Wyjął to i przyniósł mi...
To był breloczek mojej Mamy, który zginął jej parę lat temu.
Pytanie zadał mi tylko pro forma, bo odpowiedź znał i wiedział co to jest i czyje to jest/było.

Trochę tego i owego

Tak jak pisałam, byłyśmy w niedzielę na festynie na Bródnie. Było głośno, cieplutko i dość wietrznie. Festyn był zorganizowany przez motocyklistów. Ale nie tak sobie sztuka dla sztuki - był to finał akcji MOTOSERCE.
Tu można poczytać więcej na ten temat
Oczywiście nie obeszło się bez prezentacji hałaśliwych maszyn ;-)

Trafił się też pewien "marzyciel" ;-D

Dziecko młodsze dzięki swojej cioci weszło w posiadanie garści baloników (dobrze, że jej nie uniosły :-D )
Ostatni "wyskok" mojego młodszego aniołka:
Podsunęła starszej siostrze pod nos, dłoń zwiniętą w piąstkę z kciukiem w środku i mówi:
-Otwórz Pepsi!
-Co??
-Otwórz Pepsi!
Asia wydłubała jej kciuk z łapki i usłyszała:

-JESTEŚ SEXI!!! Na wszelki wypadek nie pytałam, czy wie co to znaczy ;-D.

W ogrodzie wiosna. Jeszcze nie w pełnym rozkwicie, ale jej odważne próby już widać. Pąki na wiśniach tylko, tylko i pękną z hukiem.
Bez jeszcze daleki do rozkwitnięcia, ale forsycja już na dniach będzie żółciutka od góry do dołu.
ale forsycja już na dniach będzie żółciutka od góry do dołu.


Póki co kwitną jednie prymulki
No i przyleciały ptaki. Jeden siedział sobie na jabłonce i dał się sfocić ;-)

A robótkowo? Wyprodukowałam trochę prościutkich kolczyków

No i.... Wyciągnęłam na światło dzienne serwetę hardangerową. Zaczęłam ją robić w marcu ubiegłego roku. Początkowo szło szybciutko, ale jak doszłam do obrabiania przęsełek, to mnie przystopowało. Nuuuudaaaa!!!
Może, jak będzie leżała na wierzchu, to się szybciej skończy robić? ;-)

piątek, 3 kwietnia 2009

Dyspensa, handel i inne takie tam....

Jakoś się zaniedbuję w pisaniu. Ale pogoda nie sprzyja siedzeniu przy kompie ;-). W końcu zrobiło się cieplutko i żal tracić tych pierwszych słonecznych dni.
Na fali ciepełka i optymizmu wiejącego z dworu zrobiłam sobie (i rodzinie rzecz jasna) "stroik przedświąteczny".

Stoi sobie w kuchni na stole i raduje zarówno oczy jak i... nos :-).
A ponieważ smutno mu było samemu, dorobiłam mu kupli tymczasowych czyli pieczone pączki. Przepis zaczerpnęłam ze wspaniałego blogu Doroty.

Pączuszki zniknęły w tempie światła :-D.
Poza tym ten tydzień upłynął pod znakiem licznych wizyt u lekarzy z młodszą. We wtorek miała zakładany holter. Kiedy pojawiła się w szkole okablowana w charakterze małego cyborga, z dziwnym urządzeniem wystającym spod bluzeczki, jej koleżanki z klasy oniemiały z zachwytu i natychmiast otoczyły ją wianuszkiem lekko przytkanych łebków.
Na WF-ie Ania miała przygodę z urządzonkiem, bo wzięło i wypadło z torebki, w której sobie mieszkało. Biedna pani wychowawczyni przeżyła nie lada stres i poradziła Ani, żeby raczej nie szalała, tylko więcej spacerowała niż biegała...
Równie dobrze mogła powiedzieć "wietrze nie wiej" ;-D.

Natomiast dziś zaliczyłyśmy Instytut Fizjologii i Patologii Słuchu. Ania miała Robione rozliczne badania (kolejne po rezonansach, EEG, EKG i innych wynalazkach) w kierunku "czemu się przewraca i ma ataki bólów głowy bez konkretnej przyczyny".
Badania wyszły... Rewelacyjnie!
Mała już nie będzie mogła wciskać mi ściemy typu "nie słyszałam, że mam posprzątać..." Tjaaaaa...
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło ;-D

Dziecko moje starsze w dniu wczorajszym przeżyło solidnego, jak to powiedziała "stresa". A mianowicie poszła po raz pierwszy na wywiadówkę do szkoły. Do swojej młodszej siostry.
Ja nie mogłam - miałam w pracy "dzień otwarty" i musiałam tam być - dokładnie w tym samym czasie co wywiadówka u małej.
Asia stanęła na wysokości zadania - wszystko zapisała, nic nie zapłaciła i podpisała z dumą prace klasowe małej siostry. A potem poszła w odwiedziny do swojej pierwszej wychowawczyni. Mimo obaw Asi, pani Ewa poznała ją od razu. Pogawędziły o dawnych czasach. No i w sposób okrężny dowiedziałam się co nauczyciele mówią o mojej młodszej latorośli.
Otóż twierdzą, że to nie jest dziecko... TO ANIOŁ! Grzecznie siedzi na lekcjach, jak coś chce powiedzieć, podnosi rączkę do góry, nie gada, nie przeszkadza...
Asia śmiała się i powiedziała pani Ewie:
-Mama twierdzi, że Ania to dziecko w nagrodę.
Pani Ewa popatrzyła na Aśkę i stwierdziła krótko:
-Nooooooo!
Poza tym dowiedziałam się również, że moje małe ma żyłkę handlary ;-D
Relacje są dwie: Ani i pani Ewy.
Pierwsza:
-Wiesz mamusiu, dziś pani ze świetlicy zapytała mnie, czy mam ochotę trochę posprzedawać na kiermaszu. Powiedziałam, że tak i jak ktoś przychodził, to mówiłam 'zapraszamy do zakupów na naszym stoisku'.
-I co? Kupowali?
-Tak.
-A ile zarobiliście?
-330 zł. Pani dyrektor była bardzo zdziwiona, że aż tyle zarobiliśmy.
-No to super! Będziecie mieli trochę nowych rzeczy do plastyki na świetlicy!

Relacja druga:
-Dziś było zebranie dyrektorów podstawówek z dzielnicy. Ile razy ktoś w chodził, Ania podchodziła do delikwenta, brała za rękę, względnie za łokieć, ciągnęła w kierunku stolika i patrząc głęboko w oczy mówiła: 'zapraszamy do zakupów na naszym stoisku'. Nikt jej nie odmówił!!!

No ba! Kto by mógł się oprzeć tym oczętom błękitnym i warkoczom do pasa! ;-D
Szczerze mówiąc byłam zdumiona niejako podwójnie - raz anielskością mojej małej ancymonki, a dwa jej przebojowością w handlu - ona z natury jest raczej powściągliwa i troszkę nieśmiała. A tu proszę! Fakt, że jej marzeniem od lat jest bycie "panią sklepową w sklepie z drogimi rzeczami", ale że jest aż tak zdeterminowana, to nie wiedziałam! :-D

Jeśli chodzi o robótkową stronę życia (jakże ważną i przyjemną!) to skończyłam moją Dyspensę.
Fajnie się ją robiło, bo w ramach umilania mi czasu Ania czytała mi "Przygody misia Paddingtona" :-D

Jak widać kwadrat wyszedł na trefnym Unifilu prostokątny... Nic to! I tak mi się podoba :-D
Poza tym "Dyspensę" haftowałam doświadczalnie polską Mają i jestem bardzo zadowolona - jest dużo lepsza niż Petra! No i cena też nie jest do pogardzenia! Oczywiście nijak się ma do perłówki DMC, ale... ;-)

Jutro mam zamiar wypucować moje autko - zwłaszcza w środku bo do tej pory wydłubuję igły z chujaka...
A później śmigamy na festyn na Bródnie. Jak nie padnę, to może coś na ten temat skrobnę.